Walenrodyzm teutoński
listopad 4, 2009
Nie, nie będzie śmiesznie. Będzie o tym jak jest, w zależności od tego jak się patrzy.Czasem jest tak, że nawet nie wiadomo jakie pytanie należałoby zadać.
Dwa życiorysy. Jakże odmienne. Chociaż są też zadziwiające zbieżności. Rok urodzenia: 1905, miejsce urodzenia: Münster w Nadrenii Pn. Westfalii. Zwolennicy prostolinijności przekazu mogą mieć z tymi biografiami pewne trudności. Niemniej jednak, a może właśnie dlatego, zasługują one na przypomnienie.
A zatem pierwszy z nich. Fakty, fakty, fakty. Przyszedł na świat w dobrze sytuowanej rodzinie prezydenta sądu krajowego, rodzice określali go jako najtrudniejsze z siedmiorga dzieci, potem uchodził za inteligentnego aczkolwiek krnąbrnego ucznia. Po zdanej w 1925 roku maturze studiował w Aachen, Marburgu i Berlinie na tamtejszych politechnikach, w 1931 roku uzyskał tytuł inżyniera. W trakcie studiów był członkiem Corps Teutonia Marburg, związku studentów o nader konserwatywno-narodowej orientacji. Karierę urzędniczą (inspektor d/s górnictwa tzw. Bergreferendar, potem Bergassessor) rozpoczyna wraz z dojściem do władzy Narodowych Socjalistów, w 1933 roku wstępuje również do NSDAP, rok później widzimy go w mundurze SA. W 1937 roku rozpoczyna studia medyczne.Fakt ten będzie miał decydujące znaczenie gdy w 1941 roku zgłosi swój akces do SS. Po przeszkoleniu w Arnheim i Oranienburgu zostaje skierowany do tzw. Hygiene-Institut der Waffen-SS, gdzie szybko awansuje zostając szefem oddziału „Techniczna Dezynfekcja”. Kierowana przez niego jednostka posiadała jasno i precyzyjnie sformułowane zadanie, polegało ono na zagwarantowaniu odpowiedniej jakości jak również ciągłości dostaw gazu o nazwie cyklon B do miejsc przeznaczenia. W 1942 roku zostaje odkomenderowany do obozu Bełżec, a następnie do Treblinki, gdzie bierze udział w pracach grupy ekspertów mających udoskonalić zainstalowane tam komory gazowe. Było to zadanie trudne, bo eksperymenty nie mogły kolidować z bieżącą pracą pracujących na granicy wytrzymałości urządzeń. Aresztowany przez francuską żandarmerię w kwietniu 1945 roku, spisuje dokładnie swe wspomnienia, nadając im formę szczegółowego raportu. Raport zostanie później wielokrotnie wykorzystany jako materiał dowodowy: w procesie przeciw szefom IG-Farben, w procesie Norymberskim, w procesie Eichmanna w Jerozolimie. Przeniesiony w lipcu 1945 roku do paryskiego więzienia wojskowego Cherche-Midi zostaje odnaleziony martwy w swej celi. Nie udało się wyjaśnić czy popełnił samobójstwo, czy powiesili go współwięźniowie.
Ponieważ w obliczu podanych powyżej, niewątpliwie prawdziwych faktów łatwo o oceny, spróbujmy raz jeszcze.
Urodził się w rodzinie wielodzietnej, jego dzieciństwo naznaczone było niekończącymi się konfliktami z przesadnie surowym ojcem. Nauczyciele podkreślają jego wrażliwość, inteligencję i ciągłą gotowość do wstawiania się za słabszymi i szykanowanymi kolegami. Z chwilą zdania matury angażuje się bez reszty w CVJM – niemieckim oddziale Związku Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej. Jest przeciwny wszelkiej przemocy, krytykuje nadużywanie alkoholu i tryb życia sprzeczny z wartościami chrześcijańskimi, które pojmuje dosłownie. W trakcie studiów doprowadzi to do nieuniknionych konfliktów i wykluczenia ze studenckiej korporacji. Po uzyskaniu dyplomu wybiera służbę urzędniczą, jako lojalny urzędnik wstępuje – podobnie jak miliony współobywateli – do demokratycznie wybranej partii rządzącej, rok później widzimy go, podobnie jak większość jego kolegów z pracy, w mundurze masowej organizacji bezgranicznie oddanej wodzowi, narodowi i ojczyźnie. W międzyczasie jest w lokalnych władzach CVJM i prowadzi tzw. Bibelkreis – dyskusyjne stowarzyszenie krzewiące ideały chrześcijańskie i propagujące gdzie się da Słowo Boże. Również wśród górników, co prowadzi do otwartego konfliktu z partią. Mimo że świadom jest ryzyka, nie zniechęca go to. W 1936 roku zostaje po raz pierwszy zaaresztowany , następnie zwolniony z aresztu ale również karnie wykluczony z partii. To zaś było równoznaczne z utratą urzędniczego stanowiska. Rozpoczyna studia medyczne, latem 1938 roku następuje ponowne aresztowanie, po dwóch miesiącach przesłuchań i tortur zostaje zwolniony. Wybucha wojna. Z zamkniętych ośrodków psychiatrycznych dobiegają niepokojące wieści: rozpoczęto wdrażanie programu eutanazji niedorozwiniętych i chorych psychicznie. Wiosną 1941 podejmuje brzemienną w skutki decyzję, którą później w swych wspomnieniach uzasadni w sposób następujący:
„Gdy dotarły do mnie informacje, że w Grafeneck i Hadamar i w innych ośrodkach rozpoczęto zabijanie chorych psychicznie, zdecydowałem się podjąć próbę aby tam dotrzeć i naocznie przekonać się co tam się dzieje”
Aby dotrzeć do miejsc kaźni ubrał mundur SS. Ku swemu przerażeniu – jak później twierdził – przekonał się, że pogłoski nie dorównywały potwornej prawdzie. W hierarchii urzędniczej Instytutu Higieny SS robi szybką karierę i ku swemu zdumieniu zostaje mianowany szefem oddziału odpowiedzialnego za dostawy gazu do obozów zagłady. W swych kontaktach z przedstawicielami przemysłu chemicznego próbuje uświadomić swym partnerom, że gaz nie jest stosowany, jak się powszechnie twierdzi, do odwszawiania odzieży, lecz do masowego zabijania ludzi. Bez skutku. W Treblince i Bełżcu zostaje wyznaczony do uczestnictwa w pracach ,których celem miało być przebudowanie komór gazowych i zastąpienie spalin cyklonem B. Stara się zapamiętać to co widzi i słyszy. 20. sierpnia 1942, w pociągu z Warszawy do Berlina nawiązuje kontakt ze szwedzkim dyplomatą Göranem von Otter i zdaje mu relację z tego, czego był świadkiem w wizytowanych obozach zagłady. Prosi o przekazanie tej informacji aliantom. Von Otter napisze sprawozdanie, to zaś pokryje się kurzem w Sztokholmie, relacja dziwnego SS-mana zostanie uznana za histeryczną i niewiarygodną. Następują kolejne próby przekazania informacji, w lutym 1943 roku przez przyjaciela w Holandii (meldunek radiowy dociera do Londynu, pozostaje jednak bez konsekwencji), następnie przez nuncjusza papieskiego w Berlinie (ten odmawia spotkania, zgadza się jednak na przesłanie wiadomości do Watykanu). W międzyczasie próbuje pomagać ukrywającym się przed gestapo bliźnim i zdoła zadeklarować kolejny transport gazu jako „nie nadający się do użytku i podlegający natychmiastowemu zniszczeniu”. Pogrążony w coraz głębszej depresji i bliski szaleństwa dotrwa do końca wojny, w kwietniu 1945 roku zgłasza się na posterunek francuskiej żandarmerii polowej i prosi aby go zaaresztować. Zwolniony z aresztu spisuje swój raport i przekazuje go Amerykanom ścigającym zbrodniarzy wojennych. Aresztowany ponownie przez Francuzów zostaje przeniesiony do paryskiego więzienia w którym zginie w niewyjaśnionych okolicznościach.
Kurt Gerstein nie doczekał 40 roku życia. Obydwie biografie są prawdziwe i zawierają jedynie udokumentowane historycznie fakty.
Panteon Rodaków (PR). Leon Czołgosz
październik 15, 2009
Co pewien czas, to tu, to tam, można napotkać nader rozpowszechnioną opinię, że z jakichś niepojętych powodów, my Polacy, jako nacja, mamy zawsze pod górkę. Ot, taki tragiczny naród. Przez los prześladowany. Nie lubią nas. Bierze się to najprawdopodobniej z powszechnej nieznajomości osiągnięć niektórych z naszych rodaków. Wstyd przyznać: podczas gdy my rozpamiętujemy swe porażki, świętujemy klęski – inni potrafią się chwalić swymi osiągnięciami lepiej i głośniej. Najwyższy czas skończyć z tą fałszywą skromnością. Dzisiaj: Leon Franciszek Czołgosz.
Podczas gdy zupełnie obce, różnojęzyczne encyklopedie i leksykony zgodnie zwą go Polakiem, polskie źródła, z typową dla naszego narodu skromnością, nazywają go „sympatykiem anarchizmu”. Niepotrzebnie. To naszemu rodakowi zawdzięcza swe powstanie oddział US Secret Service chroniący bezpieczeństwa amerykańskich prezydentów. Bez Czołgosza pięćset dolarówka wyglądałaby zupełnie inaczej. Gdyby nie on, najwyższy szczyt na kontynencie północnoamerykańskim nosiłby dziś pewnie inną nazwę. Mało kto, naprawdę mało kto może się pochwalić tak interesującym rejestrem czynów niepojętych jak nasz krajan. Spieprzył wszystko co można było spieprzyć. Również szereg rzeczy, których w zasadzie spieprzyć nie było można. Czołgosz nie był zwykłym, pierwszym z brzegu nieudacznikiem. Czołgosz był nieudacznikiem wyjątkowym. Ale po kolei.
Leoś Czołgosz przyszedł na świat w 1873 roku w jak najbardziej polskiej, wielodzietnej, ale za to katolickiej rodzinie w Alpena, w stanie Michigan. Tatuś Paweł ożenił się po śmierci mamy Marii z domu Nowak ponownie, ktoś w końcu musiał się zajmować sierotami. Wraz z dwoma braćmi wcześnie rozpoczął pracę w walcowni drutu, bracia przystąpili do strajku, zostali zwolnieni i mogli powrócić na rodzinną farmę. Tę niesprawiedliwość rodak nasz przeżył do głębi, ponieważ jednak musiał z czegoś żyć, kontynuował karierę, tym razem w hucie szkła. Będąc świadkiem codziennego wyzysku doznaje załamania nerwowego i wraca na łono rodziny. Rodzina wcale się z tego nie cieszy. Najmniej cieszy się macocha. Polityką się Leoś nie interesował, nie ma najmniejszego śladu, aby kiedykolwiek należał do jednej z licznych podówczas wywrotowych organizacji. Lub jakichkolwiek innych. Lubił natomiast czytać gazety i chodzić na rozmaite wykłady. Ten niepowstrzymany pęd do wiedzy okaże się zgubny. I w ten sposób dobrnęliśmy do Emmy Goldman.
Emma Goldman to też nie był byle kto, Emma Goldman to był proszę państwa ktoś. Obiekt uwielbienia wyrobników i filozofów. Legenda uciskanych. Gwiazda światowego anarchizmu. Kobieta pod każdym, naprawdę każdym względem niezwykła. Nawet dziś jej marmurowy nagrobek zdobi słuszny cytat i fałszywa data zgonu. Gdzież jej nie było. Wszędzie była. U progu XX stulecia była w Stanach Zjednoczonych i wygłaszała wykłady o ucisku człowieka przez człowieka oraz co można na to począć. Jednym ze słuchaczy był niejaki Czołgosz Leon. Wykłady spodobały mu się do tego stopnia, że postanowił poznać prelegentkę osobiście. Został jednak odpędzony przez najbliższe otoczenie gwiazdy. Otoczenie było przeświadczone, że ma do czynienia z policyjnym szpiegiem i prowokatorem. Coołgosz się nie zniechęcał. Doszło do tego, że anarchistyczne gazetki ostrzegały towarzyszy przed dziwakiem ponawiającym podejrzane próby zbliżeń.
Przełom wieków. To zadziwiające, ale czasy były wówczas takie, że marzeniem przyzwoitego anarchisty było spektakularne wyprawienie jakiejś głowy państwa na tamten świat. Najlepiej przy pomocy bomby. Z braku bomby – przy pomocy broni palnej. Głowy koronowane miały pierwszeństwo, w przypadku braku głowy koronowanej mógł to ewentualnie być oprawca zastępczy tzn. dyktator lub prezydent z dyktatorskimi zapędami. Gdy Leon Czołgosz przeczytał w gazecie, że Caetano Bresci zastrzelił akurat włoskiego króla Umberto I, postanowił pokazać, że Polak też potrafi i nabył rewolwer. Niezła kanalia była z tego Umberto, akurat odznaczył orderem generała Fiorenzo Bava-Beccarisa w nagrodę za otwarcie ognia do demonstracji składającej się głównie z kobiet i dzieci protestujących przeciw podwyżce cen chleba. Mediolański bruk spłynął krwią, ofiar śmiertelnych było ponoć trzysta. Pomińmy jednak na chwilę dyskusyjną kwestię sensu lub bezsensu terroru indywidualnego i poprzestańmy na twierdzeniu, że wzburzenie Bresciego było zrozumiałe. Podobnie jak i fala sympatii z jaką w pewnych kręgach spotkał się jego czyn. Motywy Czołgosza, który udał się do Buffalo w stanie Nowy York w celu odstrzelenia urzędującego i demokratycznie wybranego prezydenta pozostaną niejasne.
William McKinley nie był może prezydentem wybitnym, był jednak prezydentem powszechnie lubianym. Wyprowadził kraj z poważnego kryzysu ekonomicznego, umocnił międzynarodową pozycję USA, oparł ostatecznie dolara o parytet złota. Nie było powodu aby go nie lubić i dlatego lubiano go powszechnie. Akurat został wybrany na następną kadencję. I teraz będzie tragikomicznie. Nasz rodak zamieszkuje w Buffalo w pobliżu wystawy panamerykańskiej i czeka na prezydenta. W końcu 6 września pragniie zbliżyć się do głowy państwa ale nie wie jak to uczynić. Ustawia się zatem w kolejce zwolenników i sympatyków aby głowa państwa mogła zbliżyć się do niego z zamiarem uściśnięcia mu dłoni. Ach te amerykańskie rytuały. Sciskanie nie dochodzi do skutku bo Czołgosz dzierży w ręku zawinięty w chusteczkę do nosa rewolwer kalibru 0,32. Udaje mu się przystawić broń do piersi prezydenta i – zanim zostanie obezwładniony przez otoczenie – oddać dwa strzały.
Cresci strzelał z pewnego dystansu i trafił bez pudła. Czołgosz miał łatwiej, ale mu nie całkiem wyszło. Prezydent nie straci przytomności i zdoła jeszcze uchronić swego niedoszłego mordercę przed nieuchronnym linczem (Go easy with him, boys!). Po ośmiu dniach umrze w męczarniach na skutek powikłań zakażenia odniesionych ran.
Zaaresztowany, Czołgosz podaje fałszywe nazwisko (Fred Nieman), co jest o tyle zabawne, że policja znajduje w jego kieszeni kartę wyborczą, z której wynika nie tylko jak się nazywa, lecz również, że był w niedawnych wyborach zarejestrowany jako republikanin, ergo wyborca McKinleya. Postawiony przed sądem zostaje po krótkim procesie – przy aplauzie sali – skazany na karę śmierci.
Od Czołgosza odżegnują się wszyscy. Emma Goldman próbuje przedstawić go początkowo jako biednego, godnego politowania, zbłąkanego matoła, ściąga to jednak gromy na jej głowę zarówno ze strony kół oficjalnych jak i dotychczasowych sympatyków. Największe psy wieszają jednak na Czołgoszu anarchiści twierdząc, że dotąd nikomu nie udało się tak skutecznie zaszkodzić jednym głupim i nieprzemyślanym czynem anarchistycznej sprawie. Pogrzeb McKinleya odbył się w Washingtonie i zgromadził nieprzeliczone tłumy. Naród w zgodnym wysiłku rzucił się do wznoszenia niezliczonych pomników i mauzoleów upamiętniających zmarłego. Jakże żałośnie i patetycznie muszą brzmieć w tym kontekście ostatnie słowa Czołgosza:
„I killed the President because he was the enemy of the good people — the good working people. I am not sorry for my crime“. (Zabiłem prezydenta, ponieważ był wrogiem dobrych ludzi, dobrych pracujących ludzi. Nie żałuję swego czynu).
Leon Czołgosz umiera na krześle elektrycznym 29. października 1901 roku w więzieniu w Auburn. Ku utrapieniu rodziny pozbawiony zostaje chrześcijańskiego pochówku. Przewidując nieuniknione zbezczeszczenie zwłok, władze decydują się na zalanie trumny stężonym kwasem siarkowym. Nasz rodak rozpuszcza się całkowicie w ciągu 24 godzin.
Tak kończy się historia Leona Czołgosza, który pragnąc zdobyć uznanie tych, którzy go nie lubili postanowił – w interesie tych tych, którzy jego poparcia nie pragnęli, kierując się ideami, których nie rozumiał i wychodząc z błędnych założeń – zamordować wybranego przez siebie prezydenta, ściągając na siebie niechęć i nienawiść wszystkich. Gdyby nie pomoc zarazków gangreny – nawet to by mu się nie udało.
Na marginesie. Glosa.
wrzesień 14, 2009
Mało w naszym kraju popularny (a szkoda) Karl W. Deutsch był autorem interesującej definicji narodu:
„Naród jest wspólnotą, którą jednoczą błędne wyobrażenia dotyczące jej początków, jak rówież nienawiść w stosunku do sąsiadów.”
Nie będziemy w tym miejscu z tą definicją dyskutować. Z niejasnych powodów to interesujące nad wyraz zdanie (po raz pierwszy opublikowane w 1969 roku w „Nationalism and its alternatives”) przypisywane jest – wciąż od nowa i z zadziwiającą konsekwencją – Ernestowi Renanowi. Gdy jednak zajrzymy do (niesłusznie zapomnianego) tekstu sławetnego wykładu Renana pt. “Qu’est-ce qu’une nation?” (Czym jest naród), nie odnajdziemy nawet śladu aforystycznego radykalizmu Deutscha. Odnajdziemy natomiast kilka myśli o zadziwiającej komplementarności do zacytowanej powyżej definicji, myśli które nadają jej dotkliwy wymiar niewygodnej i jednocześnie (być może) niemożliwej do zaakceptowania prawdy.
Jakże niedawno się te narody pojawiły. To Johann Fichte jako pierwszy zdefiniował naród jako byt obiektywny, wspólnotę, którą łączą wspólne cechy takie jak przynależność etniczna bądź język. Z religią był – co nie powinno raczej dziwić – ostrożniejszy. Przed Fichtem narodów, przynajmniej w dzisiejszym sensie tego pojęcia, zupełnie nie było. Renan przeciwstawił poglądom Fichtego model odrębny. Zgadza się wprawdzie, że jest to wspólnota, którą wiele rzeczy musi łączyć; naród jest jednak w jego mniemaniu w pierwszym rzędzie rezultatem zbiorowego „aktu woli”. Naród powstaje na skutek kolektywnego aktu zapomnienia dotyczącego faktów haniebnych, niesławnych, niemożliwych do pogodzenia z tworzonym mitem. Obowiązkiem każdego Francuza jest np. skuteczne zapomnienie Nocy Sw. Bartłomieja i rzezi Albigensów. Zapomnienie i “błąd” historyczny są w jego mniemaniu istotnym czynnikiem tworzenia narodu, rzetelna praca historyka oznacza dla narodu nierzadko niebezpieczeństwo.
Przypominając zatem to co zapomniane i niewygodne, jak również sprowadzając historię z poziomu słusznych hipotez, wygodnych założeń i korzystnych przypuszczeń do płaszczyzny bezsprzecznie udokumentowanych faktów (lub choćby rachunku prawdopodobieństwa), musimy liczyć się z tym, że nikt nam za to raczej nie podziękuje. Kogo interesuje czy tyłek Mony Lizy pokryty był pryszczami?
Pytanie pierwsze brzmi: co my musieliśmy skutecznie zapomnieć, zepchnąć do zbiorowej podświadomości, aby móc się stać narodem?
Patriotyczna odpowiedź na powyższe pytanie brzmi zazwyczaj: w przeciwieństwie do innych – nic a nic.
Pytanie drugie jest trudniejsze: czy ta odpowiedź powinna nam wystarczyć?
———–
Uwaga:
Link w tekście prowadzi jedynie do polskiego tłumaczenia pierwszej części eseju. Angielskie tłumaczenie całości: tutaj.
Dla miłośników tekstów oryginalnych wersja francuska
Rok 1939. Nierówna walka.
wrzesień 1, 2009
Siły były nierówne, a wynik wydawał się być nietrudny do przesądzenia. Ponieważ chodzi o istotną rocznicę – przypomnijmy.
Chodzi o średniej wielkości kraj europejski. Sąsiedzi byli w przeszłości silniejsi i terytorialnie roszczeniowo-zachłanni. Uzyskana pod koniec pierwszej wojny światowej niepodległość uznawana była z tego względu za dobro najwyższe, prawo młodej demokracji do niezależnego istnienia nie było jednak dla ogółu międzynarodowej społeczności wcale aż takie oczywiste.
Godzina prawdy wybiła jesienią 1939 roku, gdy uznawany powszechnie za mocarstwo i rozzuchwalony podpisanym niedługo przedtem traktatem sąsiad twardo zażądał ustępstw terytorialnych, a wszelkie próby odwleczenia konfliktu drogą rokowań spaliły na panewce. Agresja rozpoczęła się nagle, bez formalnego wypowiedzenia wojny. Siły wroga wtargnęły z trzech stron w niebywale rozciągnięte granice kraju, już od pierwszego dnia rozpoczęło się bombardowanie większych miast. W niekończących się nalotach szczególnie ucierpiała ludność cywilna stolicy. Mimo rozpaczliwych apeli, przyrzeczona międzynarodowa pomoc nie nadchodziła, potencjalni sojusznicy woleli przeczekać, powoływali się na swą neutralność albo- najczęściej – ograniczali się do moralnego wsparcia wyrażanego w rozlicznych depeszach.
W zasadzie, zgodnie z przypuszczeniami (bądź obawami) wielu, konflikt powinien był się zakończyć już po tygodniu. Wąsaty dyktator, który go rozpętał był tak pewien siebie, że mianował już swego namiestnika. Trudno mu się dziwić jeśli przyjrzymy się stosunkowi sił. Agresor rzucił do walki czterokrotnie więcej żołnierzy, jego przewaga w sprzęcie była niewyobrażalna. Napastnicy dysponowali 6541 czołgami (wobec 30 czołgów broniących granic zaatakowanego państwa) i użyli 3800 samolotów (którym zdołano przeciwstawić 130 własnych maszyn). W pierwszych dniach wojny straty po obu stronach były ogromne. Nieprzyjaciel posuwał się na wszystkich frontach naprzód i wydawało się, że nic nie zdoła go powstrzymać. Rozpaczliwe próby kontrofensywy, zakończyły się wobec miażdżącej przewagi wroga niepowodzeniem. Zaczęła pojawiać się panika.
Nie, Głównodowodzący Sił Zbrojnych, sędziwy Wódz Naczelny Carl Gustaf Emil von Mannerheim nie uciekł wraz z rządem do neutralnej Szwecji nakazując w swym ostatnim rozkazie bombardowanym przez sowieckie lotnictwo Helsinkom obronę aż do wyczerpania się zapasów amunicji.
Redukowanie różnic pomiędzy kampanią wrześniową i wojną rosyjsko-fińską 1939/1940 do tego jedynego faktu można by z pewnością uznać za graniczące z demagogią. A jednak warto się dokładniej przyjrzeć historii obu krajów w dwudziestoleciu międzywojennym. Warto porównać pojednawczy kurs zgody narodowej Mannerheima ,który – mimo namów – oparł się pokusie zamykania przeciwników polityczych w “miejscach odosobnienia” z zaakceptowanymi przez Piłsudzkiego sanacyjnymi pomysłami. Finlandia nie miała swej Berezy Kartuskiej.. warto w ogóle porównać siermiężne mundury fińskich generałów z obwieszonymi jak choinki przedstawicielami polskiej generalicji. Kiedy my, marząc o polskich koloniach, zbieraliśmy datki na Ligę Morską i Kolonialną, Finowie budowali bunkry i własny przemysł zbrojeniowy. Aby w razie czego nie zabrakło im nigdy amunicji. Warto przypatrzyć się konsekwentnej polityce Finów wobec narastającego sowieckiego zagrożenia. Finlandia nie próbowała wykroić dla siebie kawałka Estonii, gdy 28 września 1939 Sowieci postawili tejże ultimatum “nie do odrzucenia”. I to pomimo uzasadnionych roszczeń do kilku wysepek w zatoce fińskiej.
Wiem, wiem. My najbiedniejsi. Pecha mamy.
Ale z drugiej strony – nie marudźmy – trzeba też dostrzegać pozytywne aspekty. O ile ciekawsza ta nasza historia niż u tych sfinlandyzowanych pasterzy reniferów. Gdy się skończy wojna będziemy mieli (procentowo) najwięcej ofiar, największe straty terytorialne, najwięcej przyjaciół którzy nas zdradzili. Nikt nie będzie, mimo że wygrany, tak przegrany jak my. Acha, byłbym zapomniał. Honor. Tyle honoru co my – nikt nie miał, nie ma i mieć nie będzie.
Granice Voyeuryzmu. Liberalna Francja.
sierpień 26, 2009
Na początku mamy do czynienia z egipskim parweniuszem szastającym, ku niewątpliwej uciesze Paryżan, groszem na prawo i lewo. Ulubionym jego zajęciem bywa zlecanie modnym, bądź też kontrowersyjnym artystom namalowania to tego, to owego. Khalil Bey, playboy i mitoman, miłośnik sztuk pięknych, kolekcjoner i mecenas przeliczy się jednak ze swymi możliwościami finansowymi i jego olśniewająca kolekcja pójdzie w 1868 roku pod młotek.
Twórcą powstałego w 1866 roku na zamówienie ekscentrycznego milionera dzieła jest słynny wówczas (a również dzisiaj uznawany za jednego z największych mistrzów kierunku) malarz. Stworzony przezeń, a będący częścią wspomnianej kolekcji obraz, nabyty zostaje przez antykwariusza Antoine de la Nerde. Skromny ten człowiek, zamiast z dumą wyeksponować dzieło w oknie wystawowym, decyduje się na schowanie obrazu w komórce. Zleca nawet zbudowanie specjalnej drewnianej kasety, której front ozdobi niewinny zimowy pejzaż noszący równie niewinny tytuł „Le Chateau de Blonay”. Gdy w 1879 roku Edmond de Goncourt odnajduje dzieło na zapleczu antykwariatu, musi długo prosić o klucz pozwalający na otwarcie kasety i ujawnienie jej zawartości. Twórca obrazu już nie żyje, zmarł na wygnaniu dwa lata wcześniej, do końca łudząc się nadzieją na umorzenie horrendalnego jak na owe czasy długu. Dług wynikał z kar jakie nałożyła nań umiłowana ojczyzna w ramach odwetu za udział w zniszczeniu narodowego pomnika. Piękna i swego czasu słynna rudowłosa, która – jak się przypuszcza – pozowała do obrazu, od lat przebywa zapomniana w rodzinnym zaciszu swego marsylskiego schronienia.
Nie wiadomo co się działo przez kolejne 21 lat, wiadomo natomiast, że pewnego wieczoru w maju 1910 roku, na zapleczu znanej paryskiej galerii Berrnheim-Jeune pojawia się baron Ferenc von Hatvany. Dzieło pokazane zostaje po upewnieniu się, że drzwi są zaryglowane a żaluzje spuszczone. Baron ma już w swej budapeszteńskiej kolekcji rozliczne prace Tintoretta, Renoira, Cézanna i Ingresa. Czegoś t a k i e g o jednak nie posiada i twierdzi, że koniecznie, koniecznie, posiadać musi. Baron będzie się cieszyć swym nabytkiem w samotności przez kolejne 30 lat.
W latach czterdziestych okazuje się nagle, że baron von Hatvany posiada niewłaściwe pochodzenie i w związku z tym postawiony zostaje przed niemiłym wyborem wzięcia udziału w wycieczce do Auschwitz lub ukrywania się w obszernej szafie przyjaciół. Wybiera drugi wariant. Obrazy, schowane w rozlicznych sejfach aryjskich współpracowników i znajomych czekają na lepsze czasy, czyli koniec niemieckiej okupacji Węgier. Lepsze czasy nadchodzą w postaci czerwonoarmistów, którzy w przeciwieństwie do Niemców nie interesują się pochodzeniem etnicznym właścicieli sejfów rekwirując co wpadnie w ręce. Kolekcja, w tym wzmiankowany obraz, ląduje wraz z resztą szabru na budapeszteńskim czarnym rynku. W 1946 roku von Hatvany zdoła odkupić swój obraz od pokątnego handlarza za śmieszną sumę 10.000 forintów. Gdy w 1947 roku emigruje do Francji, rodzina pomaga mu przeszmuglować część kolekcji. Również wzmiankowany obraz. Ot szczęściarz.
W 1949 dzieło widział podobno sam Fritz Nathan, nie wiemy jednak czy zdołał go nabyć. Raczej wylewny król kolekcjonerów milczał na ten temat aż do śmierci. Przez sześć lat losy malowidła pozostają nieznane. W 1955 roku obraz nabywa zafascynowany nim Jacques Lacan, ot psychoanalityk też może mieć czasem szczęście. Sprzedawca woli pozostać anonimowy. Lacana można oskarżyć o wszystko, o pruderyjność lub wierność konwencjom – raczej nie. Lacan i jego żona Sylvia (do niedawna Bataille, obecnie Lacan) nie odważają się jednak zawiesić obrazu w swym paryskim salonie, lecz wywożą dzieło na prowincję, do swego wiejskiego domu w Guitrancourt. Tutaj Lacan zleca André Massonowi wykonanie przesuwalnych, podwójnych ram i namalowanie innego obrazu (o tym samym tytule lecz innej treści), który przykrywałby dzieło przed wścibskimi spojrzeniami niewtajemniczonych. Obraz pozostaje w posiadaniu Lacana aż do jego śmierci w 1981 roku stając się, jak wyraził się jeden z krytyków, „najsłynniejszym dziełem sztuki, o którym wszyscy słyszeli, a którego nikt nie widział.”.Córka Lacana, Sybille, twierdzi w swych wspomnieniach, że pierwszy raz ujrzała obraz dopiero po śmierci ojca. Po raz pierwszy dzieło zaprezentowane zostaje szerokiej publiczności w Nowym Yorku w 1988 roku, wywołując medialny skandal i niekończące się dyskusje na temat granic sztuki.
Gdy niewielka reprodukcja pojawia się na obwolucie wydanej w 1994 roku, współczesnej powieści, interweniuje francuska policja zmuszając księgarzy do usunięcia książki z okien wystawowych. Ale tylko tych, którzy przedtem, pod naciskiem opinii publicznej nie usunęli jej dobrowolnie sami. W 1995 roku spadkobiercy Lacana, decydują się przekazać malowidło państwu francuskiemu. Nie całkiem bezinteresownie, państwo rewanżuje się bowiem ze swej strony umorzeniem gigantycznego podatku spadkowego. Obraz wędruje do muzeum, prawie wszyscy są zadowoleni. Prawie, bo od czasu pojawiają się, szczególnie w prasie katolickiej, głosy domagające się usunięcia „niedopuszczalnego plugastwa” z przestrzeni publicznej.
W paryskim Musée d’Orsay tylko jeden obraz wymaga – ze względu na spodziewane akty wandalizmu – permanentnego nadzoru. Co może dziwić, bo sądząc po ilości sprzedawanych co dzień pocztówek z reprodukcjami, jest to dzieło cieszące się bezsprzecznie największą popularnością.
Niezupełnie inteligentny projekt. Minione aberracje.
sierpień 17, 2009
Tzw. Inteligentny Projekt (Intelligent Design) nie jest pierwszym – i zapewne nie ostatnim – ekscentrycznym i budzącym (powiedzmy sobie) pewne zdumienie płodem tzw. myśli chrześcijańskiej. Nie chcąc angażować się w pełną radosnych emocji dyskusję, zwróćmy się, zgodnie z upodobaniami, ku przeszłości i zajmijmy się innym, zamkniętym jak się wydaje, rozdziałem ludzkiego błądzenia w drodze do absolutu. Historia magistra vitae est. Powiedzmy. A zatem, proszę Państwa, dzisiaj serwujemy Ascetyzm. Chrześcijański, bo inne też są.
Ascetyzm wielu ojców ma. Początki ruchu gubią się gdzieś w mrokach II lub III stulecia. Podczas gdy w stolicy i większych ośrodkach cesarstwa dobrzy chrześcijanie, korzystając z dobrodziejstw popularnej kariery ukrzyżowanego lub zjedzonego przez lwy męczennika,mieli szansę na szybsze zbawienie, chrześcijanie prowincjonalni szansy takiej byli przeważnie pozbawieni. Niezadowolenie z takiego stanu rzeczy i wynikające z niego domaganie się równości szans w drodze do zbawienia, powinno być zatem zrozumiałe. Niewydolne i chylące się ku upadkowi cesarstwo nie było w stanie wyjść na przeciw słusznym postulatom chrześcijańskich mas. Pomysłowość ludzka nie zna jednak granic. Skoro – myśleli sobie szczególnie pomysłowi przedstawiciele nowej religii – władza nie jest w stanie wyjść ˛na przeciw szerokiemu społecznemu zapotrzebowaniu na męczeństwo, weźmy sprawy we własne ręce i zamęczmy się sami. No i zaczęło się.
Nie wiadomo kto był pierwszy. Pewne przesłanki wskazują na Orygenesa z Aleksandrii, błogosławiony ten mąż, jeśli wierzyć Euzebiuszowi z Cezarei, wziął dosłownie słowa zawarte w Ewangelii Św. Mateusza (XIX, 12) i dokonał w celu przyśpieszenia zbawienia, rach ciach, samokastracji. Dużo przemawia też na rzecz Świętego Antoniego zwanego przez potomnych Wielkim lub Anachoretą. Przydomki były konieczne choćby ze względu na późniejsze namnożenie się świętych Antonich, hagiografowie wymieniają ośmiu. Ale do rzeczy.
Święty Antoni wpadł na rewolucyjny pomysł permanentnego umartwiania powłoki doczesnej. Był nie tylko prekursorem głodzenia się (aż do utraty zmysłów), lecz aby nie ulegać pokusom zgubnego luksusu, jako pierwszy zamieszkał w odosobnionym grobowcu zupełnie pozbawionym wygód. Pozostawił po sobie nie tylko cytowane przez Anastazego motto: „zabijaj się codziennie od nowa“ lecz stał się również świetlistym przykładem dla spragnionej przykładów młodzieży. Gdy umierał, zamieszkiwana przez niego dziura w ziemi otoczona była niezliczonymi norami wygrzebanymi przez spragnionych zbawienia naśladowców. Tyle jeśli chodzi o odpowiedź na pytanie skąd się wzięły klasztory.
W międzyczasie rozwój wypadków przybiera katastrofalny dla spragnionych męczeństwa obrót. Konstantyn (Wielki) instaluje nową religię jako oficjalną doktrynę państwową, kilkadziesiąt lat później wydarza się ostateczna, największa z wyobrażalnych katastrofa: Julian Apostata ogłasza swój podstępny edykt o powszechnej tolerancji religijnej. Nawet najwięksi optymiści muszą ostatecznie pogrzebać mrzonki o upragnionej śmierci męczeńskiej z ręki pogańskiej administracji, jako jedyna alternatywa pozostaje mozolne zamęczenie się samemu. No i zaczyna się.
Wkrótce, nieomal każda, nawet najbardziej prowincjonalna dziura ma swego cierpiącego ku chwale Pańskiej eremitę. Swięci mężowie głodzą się, biczują, dają się zakopywać w ziemi lub, dla odmiany, zamurowywać żywcem w jaskiniach. W Egipcie, Syrii, Celicji i Kapadocji rozpoczyna się swoisty wyścig o najbardziej spektakularny przykład samoumęczenia. Niejaki Simeon (Szymon), gdy ani zamurowanie w grobowcu ani martyrium polegające na trzyletnim pozostawaniu w pozycji stojącej nie wywołuje na nikim specjalnego wrażenia, decyduje się wdrapać na samotnie stojącą kolumnę i znajduje natychmiast setki entuzjastycznych naśladowców. Ruch słupnictwa będzie święcił swe triumfy przez następne pięć wieków. Niektóre z pomysłów są tak oryginalne, że do dziś muszą budzić graniczące z podziwem zdumienie. I tak, po obligatoryjnym już rozdaniu majątku biednym i potrzebującym oraz pozostaniu w jednym łachmanie, święci mężowie dają wyraz daleko idącej pomysłowości. Przykłady są niezliczone. Taki na przykład Święty Grzegorz z Nazjanzu, obok sypiania na gołej ziemi, odżywiał się wyłącznie stęchłym i cuchnącym chlebem. Święty Benedykt z Nursji był jeszcze bardziej wybredny i w ogóle odmawiał przyjmowania pożywienia. Gdy opuszczał swą przytulną jaskinię, krążył po okolicy w poszukiwaniu ciernistych krzewów i gdy je od znalazł z radością rzucał się w kłujące zarośla. Powszechnie wielbiony był też Święty Aleksy z Edessy– dowcipny ten człowiek opuścił żonę w czasie nocy poślubnej by poświęcić się Bogu, nocował na schodach kościoła a potem pod schodami pałacu swego ojca, gdzie zgodnie z jego własnymi prośbami i oczekiwaniami wylewano na niego pomyje i inne nieczystości. Na uwagę zasługuje też Święty German z Paryża, który ku chwale Pańskiej rozebrał się pewnego dnia do naga i aż do śmierci, nawet podczas najbardziej siarczystych mrozów, nie okrywał swego ciała ani skórą ani tkaniną.
Radykalnie ekscentryczne pomysły towarzyszą chrześcijaństwu od zarania. Nabierają powszechnego charakteru, przeżywają swe apogeum i gubią się po wiekach w mrokach dziejów uzyskując najwyżej rangę minionej aberracji i historycznej ciekawostki. Nic nie wskazuje na to, że z Inteligentnym Projektem będzie inaczej.
——
Aby uniknąć posądzenia o tendencyjny dobór faktów, lub zgoła skłonności do fantazjowania, pragniemy podkreślić, że wszystkie wymienione wyżej przykłady pochodzą z dzieł chrześcijańskich teologów i historyków. Kto może pojąć, niech pojmuje.
Ma Belle, Si Tu Voulais
sierpień 11, 2009
W świecie przypominającym po części medialne targowisko próżności, a po części nie do końca umarłą klasę pełną nadgorliwych uczniów wyrywających się do odpowiedzi zdarzają się dziwne wyjątki. Poniżej próba życiorysu.
Uchodzi nadal (według wielu) za największy żyjący autorytet w swej dziedzinie. Jest żyjącą legendą – o ile nadal żyje. Nie wiadomo jednak, gdzie od 18 lat przebywa. W tym roku obchodziłby osiemdziesiąte urodziny - gdyby urodziny obchodził. Pielęgnacją i interpretacją jego dorobku zajmuje się specjalnie ku temu powołana międzynarodowa fundacja. Jej prezes, zapytany o to, czy twórca nadal żyje odparł:
„Ponieważ nie dotarła do nas wiadomość o jego śmierci, musimy założyć, że nadal żyje”
Urodził się 28. marca 1928 roku w mieście, które będąc kontynentalnym symbolem dekadencji, już wkrótce miało stać się światową stolicą ucieleśnionego zła. Jego ojcem był znany ukraiński anarchista, chociaż niekiedy jego pochodzenie określane jest inaczej. Po ojcu, który jako idol swego pokolenia został kilkakrotnie skazany na śmierć i spędził swą młodość wpierw w carskich, potem w sowieckich więzieniach, dziedziczy imię, po matce, która przeszła do historii jako autorka jednej, podobno fascynującej, lecz nigdy nie wydanej autobiograficznej powieści-rzeki – nazwisko i wrażliwość na na wszelkie przejawy niesprawiedliwości społecznej. Wrażliwość ta nie obejmowała jednak najbliższych, piękna Hanka podrzuca swego jedynego syna obcym ludziom i podąża za mężem do Paryża, a potem do Hiszpanii aby tam oddać się walce o szczęście ludzkości. Frakcja zwolenników szczęścia ludzkości przegrywa z kretesem, anarchistyczne małżeństwo znów ląduje na paryskim bruku, zawód ulicznego fotografa daje się jakoś wykonywać bez utraconej w jednej z domowych wojen lewej ręki.
Nasz protagonista, w międzyczasie dwunastoletni, pojawia się pewnego dnia na progu paryskiego schronienia przymierających głodem bojowników o szczęście ludzkości. Z kuferkiem i listem dotychczasowych opiekunów. Wyrażają oni w tymże liście ubolewanie, ale jest jak jest i dalsze przechowywanie dziecka grozi w najlepszym razie więzieniem, w najgorszym zaś to lepiej nie myśleć.
Beznadziejna sytuacja emigranckiej rodziny ma się zresztą niebawem pogorszyć, wybucha wojna, na skutek denuncjacji usłużnych sąsiadów dochodzi do aresztowania całej trójki. Zrządzeniem losu zostają internowani w rozmaitych obozach, ojciec w Le Vernet, matka z synem w Rieucros. W 1942 roku, przekazany okupantom, jednoręki fotograf odbywa swą ostatnią w życiu podróż w jadącym na wschód bydlęcym wagonie, aby po przybyciu do położonego opodal jednej z najbardziej znanych na świecie polskich miejscowości miejsca przeznaczenia, umrzeć w okolicznościach, w jakich umierało się po przybyciu. W tym czasie, jego syn pobiera nauki gimnazjalne w małym miasteczku Le Chambon, tam też w 1945 roku zdaje egzamin maturalny. Jako uczeń czyni ku zgrozie wychowawców nie to co powinien, lecz co mu się podoba, wykazuje jednak niebywałe jak na swój wiek uzdolnienia w jednej, wybranej dziedzinie, być może dzięki nim – wyposażony w skromne stypendium – może podjąć studia w pobliskim Montpellier. Studia nie zaspokajają głodu wiedzy, większość czasu spędza nad formułowaniem rewolucyjnej teorii, teorii, która miała tę małą skazę, że została, o czym nasz bohater nie wiedział, sformułowana w międzyczasie przez kogoś innego.
W 1949 roku otrzymuje od jednego ze swych profesorów, w celu przeprowadzenia niezbędnej korekty, publikację, której treść sprowadza się do opisu czternastu słynnych, lecz uchodzących za nierozwiązywalne problemów. Zamiast korekty tekstu, młody geniusz dostarcza rozwiązania tychże. Następne dwadzieścia lat to w międzyczasie legendarny okres, triumfalny pochód od sukcesu do sukcesu, w wieku lat 42 38 uzyskuje najwyższe, możliwe do osiągnięcia laury. Nagrody jednak osobiście nie odbiera, nie podobają mu się stosunki panujące w kraju w którym ma zostać mu ona wręczona. Począwszy od 1968 roku, aż do przejścia na emeryturę 20 lat później, zaczyna wykazywać objawy niezrozumiałe dla wielbiącego go otoczenia. W 1970 roku porzuca z dnia na dzień pracę w renomowanym instytucie ponieważ odkrywa, że część jego funduszy naukowych pochodzi z kręgów zbliżonych do przemysłu zbrojeniowego. Od tego czasu zmienia profesury jak rękawiczki, nigdzie nie zagrzewając miejsca zbyt długo. Do swych wykładów włącza – ku niepomiernemu zdziwieniu słuchaczy – coraz to nowe elementy, powiedzmy tutaj szczerze, elementy raczej odległe od zapowiadanych tematów. Poczesne miejsce zajmuje tutaj spisek amerykańskiego kompleksu polityczno-militarnego, wiele czasu poświęca również złowrogiej działalności atomowego lobby i tematom ekologicznym. Zakłada komunę i większość czasu spędza na podróżach po świecie propagując nowy styl życia. Odkrywa dla siebie buddyzm i tworzy teorię, u której podstaw leży przeświadczenie, że ludzkość stoi w obliczu nieuniknionego upadku, uratować może ją jedynie wspólne działanie genialnych jednostek zwanych przezeń mutantami. Lata osiemdziesiąte to okres pisarskiego szaleństwa, powstają tysiące stron tekstów okultystycznych i pseudoreligijnych, pomiędzy stronami, jak ukryte diamenty dają się odnaleźć trudno czytelne fragmenty teorii z dziedziny w której okrzyknięto go niegdyś geniuszem. Uznaje się za reinkarnację zakonnicy Marthe Robin słynnej z tego, że przez lat trzydzieści odżywiała się bez uszczerbku dla zdrowia hostią i modlitwą. Skłócony z uczonymi kolegami odchodzi wreszcie na emeryturę w 1988 roku, od lat już nie mieszka w metropolii przedkładając ponad luksusy wielkomiejskiego życia skromną, pozbawioną elektryczności chatę w prowansalskiej wiosce. W tym samym roku nieomal zabija się czterdziestodniową głodówką w trakcie której miewa prorocze wizje. Gdy wraca do przytomności, znajduje dość sił aby napisać list do komitetu pragnącego przyznać mu nagrodę za całokształt naukowego dorobku. Nagrodę z oburzeniem odrzuca. W 1990 roku publikuje list otwarty w którym zapowiada nadejście sądu ostatecznego.
W sierpniu 1991 roku opuszcza nagle dom w Les Aumettes. Po prostu znika z dnia na dzień. Udaje się go odnaleźć dopiero po upływie trzech lat intensywnych poszukiwań. Żyje podobnież gdzieś w Pirenejach, pisząc od świtu do nocy, ołówkiem i przy świecach, dzieło swego życia. Milczy. Ci, którzy go odnaleźli odmawiają ujawnienia jego miejsca pobytu, respektując jego życzenie pozostania do końca w cieniu.
- – - – - – - – - — – - – - – - – - – - — – - — – - – — – - – - — – - – - – - – - – - – - – - – -
Addendum:
Alexander (jak chcą Niemcy) lub Alexandre (jak sądzą Francuzi), syn Aleksandra Shapiro i Hanki Grothendieck urodził się w Berlinie, spędził dzieciństwo u przybranych rodziców w Hamburgu, uratował się z Holocaustu dzięki przypadkowi i pomocy przyzwoitych ludzi. Twórca nowoczesnych podstaw geometrii algebraicznej (patrz: Grothendieck topology, Grothendieck universe) , laureat medalu Fieldsa (będącego matematycznym ekwiwalentem nagrody Nobla), pod koniec lat 60-tych i w latach 70-tych, u szczytu sławy, odchodzi powoli od matematyki stając się jednym z pionierów radykalnej ekologii i jednym z najbardziej bezkompromisowych aktywistów ruchu pacyfistycznego. Niezapomniane są jego wykłady prowadzone dla wietnamskich matematyków wygłaszane w bunkrach na obrzeżach bombardowanego przez Amerykanów Hanoi. Skłócony z większością uznających jego geniusz lecz niekoniecznie podzielających jego radykalizm kolegów po fachu, porzuca matematykę dla mistyki, okultyzmu, w latach 80-tych gubi się ostatecznie w labiryncie matafizyki i medytacji, w latach 90-tych wybiera samotność i milczenie. Milczy w ukryciu od 18 lat niepomny świata, który chciałby go od czasu do czasu uczcić lub docenić.
Time voyager
sierpień 7, 2009
Kiedy wreszcie – mimo zażytych rozlicznych pigułek, czopków i syropów – ból głowy stał się niemożliwy do zniesienia, Myszkin. postanowił uciec się do bardziej radykalnych środków.
- Najlepiej – powiedział sam do siebie – najlepiej byłoby przenieść się w niezbyt odległą ale za to bezbolesną przyszłość.
Problem Myszkina polegał jednak na braku wehikułu pozwalającego na podróże w czasie. Myszkin posiadał wiele rzeczy. Posiadał bicykl. Posiadał maszynę do pisania (bez taśmy). Posiadał patefon, sztalugi i fortepian. Wehikułu nie posiadał.
Ponieważ ból był trudny do zniesienia, a potrzeba bywa często, choć niekoniecznie zawsze, matką wynalazku, Myszkin rozejrzał się uważnie. Pokój, jak pokój – pomyślał. Warto by podlać paprotkę. I zetrzeć kurze. Na myśl o ścieraniu kurzu ból wzmógł się i zaczął miarowo pulsować. Co zasadniczo było nieprzyjemne.
- A gdyby tak – zastanowił się – wejść do szafy?
I wszedł.
W trakcie myszkinowskiego pobytu w szafie, do pokoju wkroczył kanonik Vaubain. Większość ludzi wchodzi, niektórzy wślizgują się nieśmiało. Kanonik Vaubain, nawet gdy chodzi jedynie o przyjacielską wizytę – wkracza. A zatem wkroczył. I zauważywszy ewidentną nieobecność Myszkina w pokoju, przyłożył ucho do drzwi, a potem zaczął, najprawdopodobniej z nudów, grzebać w górnej szufladzie komody.
Podróże w czasie są nie tylko możliwe, lecz również obarczone szeregiem trudnych do przewidzenia niebezpieczeństw. Przepisane Myszkinowi przez doktora Konowałowa krople na serce okazały się na szczęście, również w przypadku kanonika, nader skuteczne.
El Manifesto del día. Starczy.
sierpień 5, 2009
Van Boxsel, wychodząc od bliżej niezidentyfikowanych tez Sloterdijka i opublikowanego w 1991 roku „Bo oni nie wiedzą co czynią“ Slavoja Žižka, wyróżnia trzy rodzaje głupoty. Prześlizgując się nad opartą na fundamentalnej naiwności głupotą klasyczną, stwierdza, że również głupota nowoczesna jest niedzisiejsza. Podobnie jak w przypadku starszej siostry, u podstaw jej definicji leży przeświadczenie, że głupiec wypiera się rzeczywistości. I tak, wiodąc cierpliwie za rękę, van Boxsel doprowadza czytelnika do do trzeciego rodzaju głupoty, głupoty postmodernistycznej. Postmodernista, zbyt mądry aby dać się zwieść swej własnej retoryce, jest głupcem oświeconym. W swój wywód wkalkulował wszystko, również swą ewentualną głupotę oraz fakt, że być może wszystko jest inaczej, a on nie ma racji. Postmodernistyczna głupota czyni bezradnym, jakże przybić budyń do ściany? Tym bardziej, że nie każdy jest posiadaczem gwoździ. O młotku już nie wspomnę.
Dla tych, którzy uważają powyższy ciąg myślowy za mętny, Žižek przygotował przykład. W epoce myślenia anegdotycznymi fajerwerkami (ukłon w stronę mediów) – nie ma to jak przykład. Przykłady są łatwe do zapamiętania i przemawiają do wyobraźni ogółu, czyli nawet tych, a może przede wszystkim tych, którzy jej nie posiadają. Z punktu widzenia filozoficznego marketingu – bezcenne. Przykład dotyczy polityki.
Polityk otwarcie dopuszcza się oszustw, nikt mu nie wierzy; on o tym wie; my też wiemy, że on wie, i on wie to również.
Proszę zwrócić uwagę na interpunkcję: majstersztyk.
Dalsza ewolucja poglądów Žižka wskazuje jednak, że baron Münchhausen (ten od wyciągania się z bagna za własne włosy) znalazł i tym razem godnego naśladowcę. Dotarłwszy do krawędzi dekonstruktywizmu, Žižek czyni duży krok na przód i, wzorem postaci z kreskówek, kroczy dalej w powietrzu. Pomysł polega na dekonstrukcji dekonstruktywizmu. Pierwszym– i jak na razie największym krytykiem dekonstruktywisty Žižka, staje się niejaki Žižek. Demaskując spisek neoliberałów i ich postmodernistycznych intelektualnych wspólników, Žižek prezentuje się w swej nowej roli jako Hugo Chávez myśli współczesnej, dołączając do swego repertuaru, obok kroczenia w powietrzu i chodzenia po wodzie, również salto w tył. Czapki z głów i oklaski.
Gdy przyglądamy się naszemu mądremu Slavojowi, chlubie współczesnej myśli filozoficznej i supergwieździe inetelektu, jak kroczy od sukcesu do sukcesu, z niedopałkiem cygara w sztucznych zębach, w białym wdzianku dandysa, u boku wywodzącej się z branży bieliźniarskiej małżonki, trudno oprzeć się niemiłemu uczuciu déjà-vu. W maju 1968 roku, Jacques Lacan nagle doszedł do wniosku, że psychoanaliza ma, a w zasadzie zawsze już miała, proletariackie korzenie. Zaburzenie nie trwało długo i być może dlatego pomijane jest konsekwentnie przez większość hagiografów. Twierdzenie, że to samo schorzenie może się manifestować w różny sposób, jest znanym każdemu studentowi medycyny truizmem.
Podejrzenie, że Žižek okazał się pod każdym względem godnym spadkobiercą lacanowskiego zwierciadła, powoli zamienia się w pewność. Pytanie, co w nim dostrzega, pozostaje jednak otwarte. Niewykluczone, że jest to czwarty rodzaj opisywanego z takim powabem przez van Boxsela zjawiska.
Ewentualne lektury uzupełniające:
Matthijs van Boxsel, Enzyklopedia głupoty, Warszawa, Wyd. WAB, 2004
Slavoj Žižek, For They Know Not What They Do: Enjoyment As A Political Factor, London; New York: Verso, 1991
Slavoj Žižek, In defence of lost causes, London; New York: Verso, 2008
Marcus Pound, Žižek: A (Very) Critical Introduction (Interventions) Eerdmans Publ. Company, London 2008
(ostatnia pozycja fascynuje, również – a może przede wszystkim – ze względu na napisane przez obiekt krytyki posłowie)
Komunizm, a poczucie humoru. Szkic wstępu.
lipiec 24, 2009
Gdy w 1919 roku Aleksander Aljechin został w Odessie zaaresztowany przez dzielnych czekistów, wypadki potoczyły się tak, jak potoczyć się musiały. Podobnie jak i resztę licznych współaresztantów skazano go – pod zarzutem uprawiania szpiegostwa – na śmierć przez rozstrzelanie. Wyroku jednak ostatecznie nie wykonano. Legenda głosi, że Aljechina odwiedził w celi śmierci sam Lew Trocki, rozegrał z nim jedną partię i mimo własnej sromotnej przegranej – ułaskawił. Siedzieli w nocy przy ogarku i grali. A potem ułaskawił, dobroczyńca. Tyle legenda.
Rosyjscy historycy spierają się do dzisiaj jak to wówczas było, przychylając się wszelako do wersji mniej spektakularnej. A zatem nie Trocki, lecz Dymitri Zacharowicz Manuilski, nie grał, lecz załatwił sprawę przez telefon, jak również nie ze względu na poziom gry arcymistrza, lecz przez wzgląd na dawne, petersburskie jeszcze, znajomości.
Ponieważ rachunek musiał się jednak zgadzać, zamiast Aljechina rozstrzelano czekistę, tego samego, który go uprzednio zaaresztował. Pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Denikina rzecz jasna.
Fanatyczny komunizm i poczucie humoru nie muszą się wzajemnie wykluczać.
Szlachetne postanowienia
lipiec 6, 2009
Kanonik Vaubain, wiedziony wyrzutami sumienia, postanawia nie przepuszczać w pokera całości przeznaczonych na wdowy i sierotki datków wiernych. Połowa, myśli sobie, powinna też wystarczyć. Powziąwszy to szlachetne postanowienie, postanawia zwierzyć się swemu najlepszemu przyjacielowi.
Dobra nowina, myśli sobie dalej, zasługuje na to aby się nią podzielić. I dzieli się. Przy okazji porównuje swą decyzję z tą, którą podjął onegdaj św. Franciszek z Asyżu. Biorąc pod uwagę, że święty nie musiał walczyć z demonem hazardu, porównanie wypada zdecydowanie na korzyść kanonika. Jak by na to nie patrzeć.
Myszkin, dowiedziawszy się, że pieniądze, które regularnie wygrywał od kanonika były własnością wdów i sierot, wpada w rozpacz. Postanawia nie przepijać całej wygranej lecz tylko połowę. Resztę będzie wrzucał do stojącej w sieni świątyni skrzynki z napisem „Na wdowy i sieroty”.
I wszystko, naprawdę wszystko byłoby dobrze, gdyby Vaubain nie odkrył uroków ruletki.
- I za co ja teraz – biada niepocieszony Myszkin – będę proszę Państwa pił?
Doprawdy, okrutny los potrafi pokrzyżować najszlachetniejsze plany.
Doktor G. albo ostateczne zwycięstwo bzdury
czerwiec 23, 2009
Rozpocznijmy od pytań trywialnych. Opłaci się.
Skąd się bierze historia? Kto ją tworzy? Jak się ma to, co zwykliśmy uważać za historyczne fakty, do tego co się wydarzyło w rzeczywistości? Co to znaczy „w rzeczywistości”? Czy to, co zawarte w materiałach źródłowych ma jakąkolwiek szansę we współzawodnictwie z wiodącymi byt samoistny wierzeniami kolektywnymi, wierzeniami, które kwitną w najlepsze na przekór wszelkim zawartym w źródłach świadectwom? Ze zbiorową świadomością, której ulubionym skrótem myślowym jest powabne sformułowanie „jak powszechnie wiadomo”?
Joseph Ignace Guillotin przyszedł na świat 28 maja 1738 roku w Saintes. Jego tatuś był cenionym adwokatem, o mamie wiemy mało. W każdym razie rodzina była przyzwoita i ciesząca się nieposzlakowaną opinią. W przyszłości miało się to zmienić, ale nie uprzedzajmy wypadków. Jezuici, których był wychowankiem, są do tego stopnia zachwyceni intelektem małego Józia, że nalegają na wstąpienie tegoż do zakonu i kontynuowanie studiów teologicznych. Tak się też staje. Joseph Guillotin zostaje profesorem literatury w jezuickim Kolegium w Bordeaux. Po siedmiu latach młody uczony dochodzi jednak do przekonania, że teologia w połączeniu z literaturą nie jest „en vogue” i postanawia poświęcić się służbie ludzkości. Pakuje kufry i udaje się do Paryża. Studia odbywa na Sorbonie oraz w Rheims. Uzyskawszy w 1768 roku dyplom i tytuł, oddaje się z oddaniem praktyce lekarskiej, ludzkość ma jednak o nim jeszcze usłyszeć. Na arenę dziejów wkracza w 1784 roku, pomaga mu w tym Franciszek Mesmer, Austriak, również lekarz medycyny a także szarlatan, hochsztapler oraz pionier leczenia ładnych kobiet z „fluidów” przy pomocy obmacywania na osobności. Mimo że proponowana przezeń metoda miała sprawiać, przynajmniej w swych założeniach, sporą przyjemność zarówno terapeucie jak i pacjentkom, władze w rodzinnej Austrii nie podzieliły nowatorskiego entuzjazmu i Mesmer salwował się ucieczką do Paryża. Również w tym pięknym mieście napotkał na trudności i brak zrozumienia. Król Ludwik XVI powołuje komisję naukowych autorytetów, czternastoosobowe gremium potępia twórcę teorii magnetyzmu zwierzęcego w czambuł, Mesmer przenosi się do Niemiec. Jednym z członków komisji, obok Beniamina Franklina (tego od piorunochronu) i Antoniego Lavoisiera (tego od chemii) był Joseph Guillotin. Jego sława jako lekarza wydaje się być w międzyczasie ugruntowana, świadczy o tym choćby stanowisko przybocznego lekarza królewskiego brata, późniejszego Ludwika XVIII.
Czasy są nad wyraz ciekawe, we Francji wszyscy zabierają się nagle za politykę, Guillotin nie umie się powstrzymać i miast przepisywać maści i tinktury, wydaje pamflety na temat parlamentaryzmu i wolności słowa. Nie uchodzi to ogólnej uwadze współobywateli, na 10 tygodni przed zburzeniem Bastylii doktor G. zostaje wybrany deputowanym do Konstytuanty Zgromadzenia Narodowego. W ramach doskonale udokumentowanej działalności parlamentarnej, energicznie inicjuje szereg reform, szczególnie angażując się w reformę służby zdrowia jak również, będąc radykalnym abolicjonistą, w doprowadzenie do ustawowego zniesienia kary śmierci. Ponieważ pomysł zniesienia najwyższego wymiaru kary napotyka na powszechny brak zrozumienia, zrezygnowany Guillotin, w jednej z licznych ożywionych dyskusji na temat praw człowieka i obywatela, proponuje przynajmniej ujednolicenie i demokratyzacje sposobu jej wymierzania. A mianowicie: „przez użycie sprawnego i praktycznie bezbolesnego urządzenia”. Nie przystoi bowiem, argumentował, aby skazaniec, w zależności od rodzaju przestępstwa, urodzenia i stanu majątkowego miał do czynienia ze stosem, rozrywaniem końmi, gotowaniem żywcem, szubienicą, ostrym mieczem lub tępym toporem w ręku pijanego parobka. Było to w 1791 roku.
Wypowiedź dobrego doktora, podobnie jak wcześniejsze usiłowania zniesienia najwyższego wymiaru kary, początkowo pozostaje bez echa. Pewnej pikanterii dodaje całej sprawie fakt, że do frakcji przeciwników kary śmierci należeli obok doktora Guillotin również Robespierre, Le Peletier, Mirabeau i Brissot. Trzy lata później nikt z nich już nie żył.
Humanitarny w swych założeniach pomysł doktora Guillotin, zapamiętał przeciążony urzędowymi obowiązkami kat Paryża Charles Henri Sanson. „Monsieur de Paris” zwraca się jesienią 1791 roku do Antoniego Louis, profesora chirurgii (jak również przybocznego lekarza Ludwika XVI) o fachową pomoc. Profesor Louis dostarcza dokładnego projektu urządzenia, wzoruje się przy tym na wcześniejszych urządzeniach tego typu, m.in. tzw. toporze z Halifax. Wykonanie prototypu powierzono sąsiadowi Sansona, niemieckiemu budowniczemu klawesynów Tobiaszowi Schmidtowi. Obaj panowie muzykowali wspólnie w czasie wolnym od innych zajęć. Budowy pierwszego funkcjonującego urządzenia podjął się hrabia Pierre-Louis Roederrer, do publicznie toczonej dyskusji nad optymalnym kształtem ostrza włączył się nawet osobiście sam król. Urządzenie, nazwane na cześć swego wynalazcy Louisette, zostało użyte po raz pierwszy 25. kwietnia 1792 roku w celu dekapitacji niejakiego Nicolasa Pelletier. Pelletier był oskarżony o kradzież portfela. Publiczność, rozczarowana zbyt szybkim i przez to mało spektakularnym przebiegiem widowiska, skwitowała całość buczeniem i gwizdami.
Nie mający ze sprawą zbyt wiele wspólnego Joseph Ignace Guillotin wykonuje dalej spokojnie swój zawód, w 1795 roku, u schyłku wielkego terroru, podejrzany o to co wszyscy czyli bycie wrogiem ludu, spędza nawet cztery tygodnie w więzieniu. Udaje mu się przeżyć. Zostaje znanym w całej Francji orędownikiem i propagatorem wynalezionej przez Jennera szczepionki przeciw ospie, w sprawie masowych szczepień dociera do Napoleona, a potem do papieża Piusa VII. W późniejszym czasie zakłada w Paryżu Akademię Medyczną (która, wbrew mylącej nazwie, była instytutem higieny publicznej) a także – jako znany lekarz i pedagog – leczy swych rodaków. Umiera otoczony powszechnym szacunkiem w wieku 75 lat w 1814 roku.
Trudno powiedzieć skąd wzięło się powszechnie panujące przekonanie o wynalazcy gilotyny, krwiożerczym lekarzu, który padł ofiarą swego wynalazku. Pewną rolę odegrało zapewne złośliwe przekręcenie faktów w anonimowym artykule opublikowanym w wydawanym na emigracji rojalistycznym pisemku. Guillotin do ostatnich dni swego pełnego poświęcenia życia nie pojął przyczyn, dla których akurat jemu, zdecydowanemu humaniście i przeciwnikowi kary śmierci, przypisano sławę wynalazcy śmiercionośnego narzędzia. Po jego śmierci, rodzina wystąpiła do władz z prośbą o zmianę (w międzyczasie już oficjalnej) nazwy urządzenia. Spotkawszy się z odmową, krewni sami zmienili swe nazwiska.
Ostatni wyrok z użyciem gilotyny wykonano we Francji w 1977 roku.
Motywacja
czerwiec 2, 2009
Kanonik Vaubain, mimo zajęczej wargi i seplenienia bądącego wynikiem braku górnego siekacza, brał corocznie udział w konkursach oratorskich licząc na sławę, puchar i wawrzyn. Jak na razie, bez widocznych sukcesów. Fakt, że potężnie się jąkał, nie polepszał jego szans na jakże upragnione i jego zdaniem zasłużone zwycięstwo.
Myszkin, z reguły nieprzychylny kanonikowi, dodawał mu otuchy zachęcając do wytrwałości. Od czasu do czasu przypominał mu również początkowe, jakże spektakularnie przezwyciężone trudności niejakiego Demostenesa. Widok kanonika spacerującego po pobliskiej plaży z kamykami w gębie i wykonującego różne śmieszne gesty, napełniał serce Myszkina spokojem i radością. Czasem, krótko przed zaśnięciem, oczyma duszy widział Vaubaina w drodze na wyspę o przepięknej nazwie Kalaureia.
Jakież byłoby jego rozczarowanie, gdyby wiedział, że jego wsparcie było całkiem zbyteczne. Vaubain nigdy nie zamierzał się poddać. Zwątpienie było mu obce. Nigdy nie ulegało dla niego nawet najmniejszej wątpliwości, że jego dotychczasowe niepowodzenia są skutkiem spisku kosmopolitów i wolnomularzy.
Nieomylność. Arabski spisek.
maj 23, 2009
Andante
Trudno doprawdy dociec kto pierwszy wpadł na pomysł by uznać Głowę Kościoła za instancję nieomylną. Początki dogmatu o nieomylności papieskiej kryją mroki średniowiecza. Od czasu do czasu wprawdzie coś przebłyskuje, nieposkromiona fantazja nowożytnych historyków kościoła nie jest wszakże szczególnie pomocna.
Przypomnijmy: dogmat o nieomylności papieskiej wywodzony bywa tradycyjnie z Ewangelii Św. Mateusza (XVI, 19: „I tobie dam klucze do królestwa niebieskiego; a cokolwiek zwiążesz na Ziemi, będzie związane również w niebiesiech, a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane i w niebiesiech.). Adresatem cytowanej wypowiedzi Mesjasza był niejaki Piotr, obecnie zwany Świętym Piotrem, rola suflera i instancji pośredniczącej przypadła Duchowi Świętemu pod postacią ptaka. Zwolenników wizualizacji odsyłamy do znanego w pewnych kręgach obrazu Carlo Saraceniego. Papież Grzegorz I, odziany w purpurę, siedzi pisząc przy biurku, na biurku tiara, Duch Swięty w postaci gołębia dokonuje lądowania na jego prawym ramieniu, za chwilę rozpocznie się transmisja woli najwyższej instancji.
Largo giusto
Historycy rozwoju doktryny cytują wedle uznania: listy św. Juliusza do Antiochesa, korespondencję Himeriusa, nieuniknionego Tomasza z Aquinu, Jana Piotra Oliviego i Guido Tereniego. Pomijają przeważnie Teodora Abu-Qurrah (Theodoros Abu-Qurra). A szkoda. Ten zdumiewający człowiek, który zafascynowany naukami Jana Damasceńskiego, jako pierwszy, czterysta lat przed Aquinitą rozpoczął systematyczne porządkowanie nader zróżnicowanych wówczas przekonań i tworzenie zrębów pod system zwany dziś katolicką doktryną, bywa pomijany niesłusznie i niesprawiedliwie. Jego dorobek, a przynajmniej ta część, która nie została przetłumaczona na język grecki, zaginął i znany jest jedynie dzięki rozsianym odpisom i cytatom współczesnych mu greckich autorów. Theodoros, z zawodu biskup Harranu, miał dziejowego pecha. Nie tylko był Arabem, lecz również pisał po arabsku. Nieważne. Ważne jest, że był autorem pierwszego traktatu prezentującego dogmat o papieskiej nieomylności. To, że ojcem duchowym fundamentalnego dogmatu katolicyzmu był Arab, który w języku Mahometa odpowiednio ustawił teologiczną zwrotnicę, nie pasowało do opartego na łacińskim piśmiennictwie całokształtu i najwidoczniej nie napawało późniejszych hierarchów specjalną dumą. Trudno sobie inaczej wytłumaczyć całkowitą nieobecność Abu Qurracha w panteonie ojców doktryny. Obok takiego Św. Tomasza z Aquinu na przykład. Ramię w ramię, nawa w nawę. Ale może się mylę. Kto wie.
Moderato assai
Dogmat jako taki, przynajmniej w obowiązującej po dziś dzień formie, jest o wiele młodszej daty. Zawdzięczamy jego istnienie Pierwszemu Soborowi Watykańskiemu. Specjalnie dla miłośników dat – podajemy datę: 1870. Dogmat, aczkolwiek powszechnie znany, interpretowany jest przez powierzchownie zainteresowany ogół na ogół błędnie. Koncepcja jest bardziej wyrafinowana, niż się powszechnie przypuszcza. Papież jest omylny i nie wszystko co głosi, musi natychmiast posiadać znamiona nieomylności. Nieomylny jest jedynie wówczas ,gdy uzna że jest nieomylny, nada swym poglądom szczególną formę i ogłosi je „ex cathedra“. Na to trzeba wpaść. Mało znany jest również fakt, że Pontifex Maximus zrobił po roku 1870 tylko jeden, jedyny raz użytek z tego genialnego wynalazku. Ukłony w stronę jego świątobliwości Piusa XII. Kto się interesuje, znajdzie. To nie monografia. Jakieś granice muszą prawda, poniekąd, być.
Allegro vivace
Trudna sprawa z tą nieomylnością. Nie zawsze było łatwo. Przezabawna historia przydarzyła się na przykład takiemu Benedyktowi V. Wzmiankowany Benedykt papieżem był krótko. Bardzo krótko. Jego godzina wybiła 14 maja 964 roku, właśnie tego pięknego majowego dnia zasnął na wieki Oktawian ze Spoleto znany potomnym jako Jan XII. Barwna postać, ten Jan XII. Wybrany na Stolec Piotrowy w niewinnym wieku 16 wiosen, Jego Swiątobliwośc pożegnał się z życiem po 9 latach obfitującego w nader barwne szczegóły pontyfikatu. Zmarł w łóżku, niestety nie własnym. Łóżko należało do pewnego szlachetnego rzymskiego obywatela, któremu nie spodobało się, że w rzeczonym łożu oprócz Pontifexa znajdowała się również jego (tzn. obywatela) małżonka. Wzburzony, zadał Jego Swiątobliwości szereg ran tłuczonych głowy przy pomocy tego, co mu akurat wpadło w rękę. Czyli pokaźnego młota. Ale o tym może kiedy indziej. Zebrany naprędce synod wybrał na następcę Benedykta zwanego również Grammaticusem. Benedykt wybór przyjął z pokorą. Pokora nie trwała jednak długo bo synod nie uwzględnił cesarza Ottona I, który w międzyczasie zwołał sobie swój własny synod i grzecznie poprosił tenże o zatwierdzenie cesarskiego kandydata. Kandydat nie miał wprawdzie w tym momencie nawet święceń kapłańskich, ale kto by się tam czepiał szczegółów. Na grzeczną prośbę cesarza i z pogwałceniem wszelkich reguł, kandydat został w ciągu jednego dnia, za sprawą biskupa Ostii, po kolei ostiariuszem, lektorem, egzorcystą, akolitą, subdiakonem, diakonem, księdzem a na koniec biskupem. To się nazywa oszałamiająca kariera. Jako biskup mógł zostać wybrany przez życzliwy cesarzowi synod papieżem. I został – przyjmując imię Leona VIII. Teraz należało jedynie uporać się z zasiadającym na Stolcu Piotrowym Benedyktem nr. 5. Dwóch prawomocnie wybranych papieży – to jednak jakoś nie uchodziło. Wezwany przed oblicze cesarskie, Benedykt pośpiesznie przybył i w trakcie przyjaznej wymiany zdań szybko znalazł proste i niebiurokratyczne rozwiązanie istniejącego problemu. Powołując się na dogmat o nieomylności papieskiej ogłosił ex cathedra, że prawowitym papieżem jest Leon VIII, on zaś, Benedykt, jest zwykłym hochsztaplerem i uzurpatorem, a jego największym marzeniem jest natychmiastowy wyjazd do Hamburga. Ponieważ nikt nie mógł dyskutować z Ojcem Swiętym, stało się tak, że Leon przejął obowiązki, a Benedykt wyjechał do Hamburga, gdzie zmarł po kilku miesiącach ze względu na chłodny i wilgotny – czyli krótko mówiąc – raczej niesprzyjający klimat.
Andante sostenuto
Od czasu do czasu pojawiają się głosy, że autor niniejszego pozwala sobie na kpiny z Kościoła. Aby podobnym głosom zapobiec, pragnę poinformować, że powyższą historię zaczerpnąłem z pism przewielebnego biskupa Liutpranda z Cremony, żyjącego współcześnie kronikarza i świadka opisywanych wydarzeń. Pozwoliłem sobie jedynie na zrezygnowanie z kilku szczególnie drastycznych i odrażających szczegółów, licząc w skrytości ducha, że czytelnik mi tę autocenzurę wybaczy.
Niedosyt
maj 15, 2009
“Nach Auschwitz ein Gedicht zu schreiben, ist barbarisch”
Th. W. Adorno – Prismen. Kulturkritik und Gesellschaft
Un cretin: celui qui se refuserait par exemple à voir un cheval galoper sur une tomate
Salvador Dali
Kategoryczny pogląd, jakoby symetria była estetyką idiotów zawdzięczamy niejakiemu Julianowi Tuwimowi. Upowszechnił się, by po latach, wciąż na nowo, ale niezmiennie bezrefleksyjnie cytowany przez amatorów myśli z pozoru głębokich, nabrać ostatecznie posmaku wyświechtanego bonmotu. Zdarza się. W najlepszej rodzinie.
Zdania kategoryczne mają to do siebie, że są łatwe do zapamiętania i żyją własnym życiem. Tuwim nie żyje, nie możemy zatem zadać mu niewygodnego pytania, czy celowo pominął nazwisko autora, czy tylko zapomniał. I tu jesteśmy, chcąc nie chcąc, przy Salwadorze Dali. Ale czy naprawdę pragniemy zajmować się kimś, kto twierdził, że na miano kretyna zasługuje każdy, kto nie potrafi sobie wyobrazić konia galopującego na pomidorze? Mam poważne wątpliwości i chyba nie jestem osamotniony.
A zatem dla odmiany: Adorno. I to nie cały, bo jakże tak, tylko ten jeden, sławetny, nieustannie powtarzany cytat Ludwika Teodora Wissengrunda. Tworzenie liryki po Auschwitz to barbarzyństwo. Krótko i dobitnie. Kategorycznie. To zabawne jak jedno zdanie potrafi zrobić światową karierę. Skąd jednak wziął się ten zadziwiający brak kategoryczności w pisanych w 1934 roku recenzjach sławiących nowatorstwo pieśni chóralnych z tekstami Baldura von Schiracha, a opiewających duchowego ojca wspomnianego w powyższym cytacie miejsca? Trudno jednoznacznie powiedzieć. Nieprawdaż?
I co począć z twierdzeniem, że propozycja twórczości dramatycznej w konwencji teatru absurdu powinna posiadać po moskiewskich procesach pokazowych z 1937 i 1938 roku podobnie blasfemiczny wydźwięk? Jaki sprytny ten Artaud, zmarł zanim zdołał udzielić odpowiedzi. I nie interesowało to najwidoczniej ani Ionesco, ani Cocteau. Ani nawet Becketta – ale to już jest bardziej zrozumiałe, bo Becketta mało rzeczy poza Beckettem interesowało. Gdy umierał, zdziwienie było powszechne bo nieomal wszyscy byli przekonani, że od dawna już nie żyje.
Nawet gdy w kwestii symetrii przyznamy rację estetom, pozostaje dziwne uczucie niedosytu.
I może jeszcze dręczące pytanie: dlaczego brak symetrii jawi nam się tak często jako dziejowa niesprawiedliwość?