Czy palenie jest szkodliwe?
Maj 6, 2011
Beznadziejnie głupie pytanie, prawda? Nikt przy zdrowych zmysłach nie spróbuje przecież upierać się że jest inaczej. Dlaczego? No bo, hm, prawda, naukowcy udowodnili. Jacy naukowcy? No, przecież wszyscy, medycyna twierdzi, prawda, jednoznacznie. Twierdzi? Twierdzi. Od kiedy? Tu proszę państwa zaczyna się robić ciekawie. Medycyna twierdzi tak od niedawna. Przedtem, przez wieki całe, ustami swych najsłynniejszych i najbardziej światłych przedstawicieli twierdziła, że wręcz odwrotnie. Teraz będzie to co najbardziej lubimy, czyli krecia robota.
Szamanistyczne praktyki ostatnich 5000 lat, jak również terapeutyczne zastosowanie palonych (przez Scytów i Traków) nasion konopi nie będą nas tu zupełnie interesować. Potraktujemy pobłażliwie Hipokratesa (tak, to ten, na którego przysięgają tegoroczni absolwenci wydziałów lekarskich) – nie wiemy ilu pacjentkom zaszkodził zalecając wdychanie dymu jako panaceum na „schorzenia kobiece“. Co on mógł wiedzieć? Ciekawszy już był Piliniusz Starszy ze swoją wypróbowaną metodą leczenia (również dymem) uporczywego kaszlu. Ale co tam – dawno i nieprawda, zapomniane i wybaczone.
Przeskoczmy zatem do czasów nowożytnych, w których (po mrokach średniowiecza) zaczyna rządzić rozum, a uczeni, aby móc zasługiwać na to określenie, muszą – jak się powszechnie uważa – coś umieć. Jest wiek XVI, na scenę wkracza Jean Nicot, co prawda nie lekarz, ale jak najbardziej poważny uczony zwany (też) ojcem francuskiej leksykografii. Jakże niesprawiedliwie. Jego bezsprzecznie największym osiągnięciem było spopularyzowanie „nowej rośliny leczniczej“, a był skuteczniejszym popularyzatorem (tego na czym się nie znał) niż leksykografem (na leksykografii znał się). Nicot był człowiekiem obdarzonym poczuciem misji. Niestrudzenie pisał listy do głów koronowanych, egzotyczna (już niedługo) roślina miała pomagać wszystkim na wszystko. Cierpiącą na uporczywe migreny Katarzynę Medycejską wyleczył nowym zielem o nazwie tabah szybko i skutecznie. Owrzodzony kardynał Franciszek Lotaryński pozbył się dzięki tytoniowi wrzodów. Entuzjazm wyleczonych rodzi wyznawców. Na pierwszego koryfeusza nauk medycznych, który był gotów podeprzeć istniejący entuzjazm własnym autorytetem nie trzeba było długo czekać. Współczesny Nicotowi ojciec hiszpańskiej medycyny Nicolás Monardes odkrywa cudowne właściwości lecznicze tytoniu i zaczyna stosować zielsko (z pewnym powodzeniem i jeszcze głębszym przekonaniem) jako lek z wyboru na „bóle głowy, raka, choroby układu oddechowego, owrzodzenie skóry, choroby kobiece (wpływ Hipokratesa?) jak również – mówiąc kolokwialnie – robale. Są to najważniejsze zastosowania, pełna lista jest dłuższa i obejmuje 36 pozycji. Monardes – jak na uczonego przystało – nie tylko leczył, ale również pisał, a co gorsza napisane potem publikował. Pozostawił po sobie nieznaną liczbę ofiar i znaną liczbę uczonych ksiąg, w których zawarł to co zawarł. Ponieważ siła rażenia wiedzy jest nieporównanie większa, niż siła rażenia zabobonu (m.in. dlatego, że uczeni od siebie odpisują) – tytoń rozpoczął swój zwycięski (ponad) 300-letni pochód jako panaceum na wszelkie schorzenia. Kontynentalny wyczyn Nicota powtarza na Wyspach Brytyjskich Sir Walter Raleigh, również on znajduje swego Monardesa w osobie niejakiego Anthony’ego Chute, który nie bacząc na formalne braki w wykształceniu publikuje dzieło o znamiennym tytule „Tobaco“. Autor ogłasza rewolucję w medycynie, zalecane jest (terapeutyczne i profilaktyczne) palenie cudownego ziela w fajce. Obyczaj palenia upowszechnia się tak szybko (wszyscy chcą być zdrowi), że król Jakub I (Stuart) pisze pamflet i próbuje zakazać. Bezskutecznie, tytoń to już nie tylko nałóg, lecz również duże pieniądze. Również dla korony brytyjskiej ze względu na nałożone podatki.
W XVII wieku zaczyna się robić naprawdę dziwnie. Tytoniowi zaczyna się przypisywać cudowne właściwości – ze zdolnością przywracania życia zmarłym włącznie. Kto nie wierzy niech poczyta sobie o cudownym zmartwychwstaniu Anne Green powieszonej w 1650 roku za dzieciobójstwo i przywróconej do życia m.in. przy pomocy dymu tytoniowego. Lekarze zalecają żucie tytoniu (jako środek na m.in. ból zębów), picie nalewek tytoniowych (na wzmocnienie), łykanie pigułek (na imbecylizm i konwulsje) palenie fajki (na schorzenia płuc i oskrzeli). Damom zaleca się regularne używanie tabaki. Mazidła tytoniowe wcierane są w skórę, dym używany do inhalacji. Wiek XVIII przynosi szereg nowych, interesujących terapeutycznych pomysłów. Szczególnie zasłużył się tutaj (naprawdę słynny i szanowany) doktor i prekursor intensywnej terapii o nazwisku Richard Mead. Z jednej strony zasłużył się, z drugiej jednak (prosimy dzieci i osoby wrażliwe o chwilowe odejście od odbiorników) jego pomysły były, hm, do dupy. Dosłownie. Mead, zauważywszy że wtłaczanie dymu do płuc osób nieprzytomnych jest trudne i nieprzyjemne, postanowił znaleźć inną drogę podania życiodajnego specyfiku i przeszedł do historii jako wynalazca aparatu do lewatywy dymem tytoniowym. Doodbytnicze pompowanie dymu do wnętrza (przeważnie nieprzytomnego) pacjenta, było terapią z wyboru przez następne 150 lat w przypadku omdleń i utonięć (a w zasadzie podtopień). To nie są jakieś przesądy, w każdym przyzwoitym podręczniku medycyny znajdował się odpowiedni rozdział. Przeświadczenie o skuteczności metody było tak powszechne, że Royal Human Society (ówczesny brytyjski odpowiednik dzisiejszego WOPRu) uznał je w 1780 roku (na wniosek królewskiego stowarzyszenia medycznego) oficjalnie za ważniejsze od sztucznego oddychania i zainstalował wzdłuż brzegów Tamizy skrzynki z „zestawem do ratowania tonących“. W zestawie, a jakże, znajdował się aparat do lewatywy dymem tytoniowym. Pierwsze, nieśmiałe sugestie dotyczące ewentualnej szkodliwości metody pojawiły się w 1811 (Benjamin Brodie stwierdza niekorzystny wpływ nikotyny na pracę serca) – nie przeszkodziło to jednak jego uczonym kolegom przez cały XIX wiek poszukiwać coraz to nowych terapeutycznych zastosowań podawanego doodbytniczo tytoniowego dymu. Leczono (a jakże, z powodzeniem) zaparcia, przepukliny, anemię ba nawet cholerę.
W sanatoriach dla (jakże licznych wówczas) chorych na gruźlicę, lekarze zalecali chorym palenie papierosów i staranne zaciąganie się aromatycznym dymem. Chorzy krztusili się, kaszleli, ale nie było litości, czego się zresztą nie robi dla zdrowia, szczególnie gdy lekarz zaleca. Ostatnie doniesienia o korzystnym wpływie dymu tytoniowego na przebieg gruźlicy płuc można znaleźć w pulmonologicznych żurnalach z okresu bezpośrednio poprzedzającego wojnę światową.
Gdy zatem lekarz próbuje nakłonić nas do porzucenia zgubnego nałogu, warto pamiętać, że przedtem, przez jakieś 300 lat z okładem, jego uczeni koledzy usilnie nas do niego przekonywali.
—
Nie możemy narzekać na brak poradników i leksykonów. Jest rzeczą drugorzędną, czy pragniemy nauczyć się grać w tenisa w weekend, języka Suahili w dwa tygodnie, zostać znawcami grzybów, ekspertami w zakresie fizyki kwantowej, szamanizmu, homeopatii lub psychoanalizy – odpowiedni poradnik, bądź samouczek wyskoczy nam naprzeciw obiecując surogat wiedzy i złudzenie łatwo osiągalnej kompetencji. Kto jednak myśli o potrzebach jakże licznych hipochondryków? W poszukiwaniu objawów interesujących i zarazem groźnych schorzeń grupa ta pozostawiona zostaje (bezlitośnie) samej sobie. Zdani na przypadkowe i często niezrozumiałe informacje, hipochondrycy błądzą bezradnie, narażając się niejednokrotnie na śmieszność i drwiny. Wychodząc naprzeciw trudnemu do zakwestionowania zapotrzebowaniu, przedstawiamy dziś pierwszy odcinek i serwujemy chorobę Parkinsona.
Ogólnie.
Nie jest prawdą, że choroba Parkinsona (Parkison’s Disease, PD) jest schorzeniem urojonym. Istnieje ona naprawdę. Została po raz pierwszy opisana przez angielskiego zbieracza skamielin, który parał się w chwilach wolnych od publicystyki politycznej również medycyną. Szansa, że będziemy na nią (chorobę, nie medycynę) cierpieć, wynosi około 0,3%, jeśli jednak uda nam się przekroczyć 60 rok życia, zwiększa się ona w sposób znaczący, osiągając (w zależności od źródła) nawet do 1,65%. Chociaż PD uchodzi za chorobę ludzi starszych, znana jest również postać młodzieńcza. Może nas trafić w każdym wieku, a zatem młodzi hipochondrycy nie powinni tracić nadziei. Choroba Parkinsona jest często mylona z parkinsonizmem, czyli zespołem objawów przypominających PD i pojawiającym się w przebiegu innych intrygujących chorób. To nie jest to samo.
Objawy.
Objawów jest mnóstwo i każdy może znaleźć wśród nich coś dla siebie. Cztery z nich uznane zostały za tzw. objawy centralne. Są to: drżenie spoczynkowe, sztywność mięśniowa, spowolnienie i zubożenie ruchów oraz niestabilność postawy. Jeśli wstając rano mamy wrażenie, że jesteśmy sztywni jak kołek, znowu nie dogonimy tramwaju, chociaż innym się to udało, znajomi dziwią się, że się ostatnio garbimy, a podnosząc do ust kieliszek zauważymy nieznaczne drżenie – to nie jest jeszcze całkiem pewne, że cierpimy na chorobę Parkinsona. Z drugiej strony nie da się tego, prawda, całkiem wykluczyć.
Choroba zaczyna się podstępnie. Objawy poprzedzające (prodromalne) łatwo przeoczyć lub zignorować. Pojawiają się (lub nie) przeważnie powoli i w różnej, zupełnie nieprzewidywalnej kolejności. Pewna (początkowo trudno zauważalna) niezręczność ruchów, psychiczne spowolnienie, trudności koncentracji lub (nieznaczne) kłopoty z pamięcią, skłonność do zaparć lub pisania maczkiem, przygnębienie, a nawet łojotokowy trądzik dopiero w późniejszym okresie bywają kojarzone z początkiem choroby. Przy odrobinie dobrej woli, każdy hipochondryk dostrzeże niektóre z nich u siebie.
Etiologia (skąd się to bierze)
Tak naprawdę, to nikt nie wie. W śródmózgowiu znajduje się tkanka zwana substancją czarną (substantia nigra), a w niej komórki produkujące (ważny neurotransmiter) dopaminę. W pewnym momencie zaczynają one obumierać i dopaminy nie ma kto produkować, czyli, używając kolokwializmu, nie wychodzi to nam na zdrowie. Ponieważ mózg jest organem o sporych możliwościach kompensacyjnych, trochę potrwa, zanim rozwinie się pełen obraz schorzenia. Przeważnie około 15 lat, ale jest zawsze szansa, że o wiele szybciej. Dopamina odpowiedzialna jest (głównie) za przewodzenie bodźców regulujących napięcie mięśni, koordynację ruchów nieświadomych i szereg innych czynności. Jej braku nie da się wyrównać jedzeniem (lub podawaniem inną drogą) dopaminy, okazuje się bowiem, że nie wystarczy, aby była wewnątrz pacjenta, musi jeszcze być tam, gdzie jest potrzebna. A tym miejscem niekoniecznie jest układ pokarmowy lub krwiobieg.
Rozpoznanie (po czym lekarz poznaje, lub sądzi, że poznaje)
Lekarz stawia rozpoznanie na podstawie tego co widzi (jeśli ma czas, ochotę i umiejętności, aby dobrze popatrzeć), co opowiada mu chory i co wyczytał w podręczniku napisanym przez innych lekarzy. Nie ma żadnych obiektywnych, jednoznacznych testów ani laboratoryjnych markerów charakterystycznych jedynie dla Choroby Parkinsona. Jednoznaczne rozpoznanie jest jednak możliwe, dokonuje go anatomopatolog w czasie sekcji. Zadowolenie pacjenta z uzyskanej wreszcie pewnej i jednoznacznej diagnozy utrzymuje się jednak (z przyczyn łatwych do zrozumienia) w rozsądnych granicach.
Leczenie (tak zwane).
Choroba Parkinsona jest (piszemy to w maju 2011 roku) schorzeniem uznawanym powszechnie za nieuleczalne. Co naturalnie nie przeszkadza armii neurologów leczyć dotkniętych nią pacjentów. Ponieważ jednak leczenie, którego skutkiem nie może być wyleczenie (uzdrowienie) pacjenta mogłoby doprowadzić do (na przykład semantycznych) nieporozumień, medycyna wymyśliła pojęcie leczenia paliatywnego. Leczenie paliatywne polega na stosowaniu rozmaitych metod, co do których panuje (aktualne) przekonanie, że może mogą złagodzić postęp lub przebieg nieuleczalnego schorzenia. Nie gniewajmy się jednak na lekarzy: robią co mogą (nawet gdy mogą mało) nie starając się szczególnie– co nie powinno dziwić – o nagłośnienie tej smutnej prawdy. Metod jest kilka.
I. Leczenie farmakologiczne
Leczenie farmakologiczne choroby Parkinsona polega głównie na podawaniu pacjentom prekursora dopaminy (L-DOPA) w nadziei, że coraz to nowe objawy będą pojawiać się z pewnym opóźnieniem. Innymi słowy, że pacjent będzie dłużej chory. Rezultatem jest przeważnie pojawienie się, obok objawów schorzenia, również ich przeciwieństwa (nie zaś braku), co też nie musi być zabawne. Oprócz tego, ze zmiennym szczęściem i bez gwarancji pewnej skuteczności, stosowane są inne środki, takie jak antagoniści dopaminy, inhibitory monoaminooksydazy B, środki antycholinergiczne i kilka innych medykamentów.
II. Leczenie neurochirurgiczne
Zabieg zwany talamotomią (prawda, że ładniej się słyszy niż chirurgiczne zniszczenie części tkanki mózgowej) pozwala (u niepodatnych na leki pacjentów) na ograniczenie irytującego i trudnego do opanowania drżenia. W większości przypadków zamiast drżenia pojawiają się mało zabawne porażenia, ale nie szukajmy od razu przysłowiowego włosa w zupie.
III. Wszczepianie komórek macierzystych
Bardzo obiecujące. Niestety, raczej w przyszłości. Szczury nie podzielają entuzjazmu (u większości ogoniastych pacjentów co prawda ustąpiły objawy eksperymentalnie wywołanego parkinsonizmu, niestety pojawiły się teratomy, dla niezorientowanych: to takie nowotwory). Pewne nadzieje wiąże się obecnie z komórkami macierzystymi substancji czarnej, entuzjazm terapeutów nie jest jednak dotychczas poparty danymi statystycznymi, uzyskanymi w ramach (odpowiednio) szeroko zakrojonych badań.
IV. Co jeszcze pomaga lub szkodzi?
Pomagają (ponoć) dobre geny, a w zasadzie brak niedobrych mutacji. Ponieważ jednak nie mamy na to (te geny) żadnego wpływu, to pomijamy. Dobre podobno (poważne dane statystyczne) jest intensywne palenie tytoniu i picie morza kawy. Ale niewykluczone też, że miłośnicy używek żyją krócej i mają w związku z tym mniejszą szansę na dożycie wieku, w którym zwykło się chorować. Pewną uzasadnioną nadzieję budzi zastosowana przez niejaką Marie Simon-Pierre metoda terapeutyczna polegająca na intensywnych modłach skierowanych do mężczyzny imieniem Karol. Wystarczyło kilka modlitw i proszę, jak ręką odjął. Po raz kolejny okazało się, że również proste i mało kosztowne metody mogą przynieść zdumiewające rezultaty. Zazdrość i brak zrozumienia ze strony środowiska medycznego nie powinny w związku z tym nikogo dziwić.
Hipochondryków (i wszystkich, którzy pragną nimi zostać) pragniemy pocieszyć. Doświadczenie uczy, że od pierwszych prób klinicznych do rozpowszechnienia się nowej terapii mijają dekady. Jakże przydatne i łatwo dostrzegalne objawy choroby Parkinsona mogą nam służyć jeszcze lata całe.
Dużo i dobrze.
Czerwiec 8, 2009
Wherever the art of medicine is loved, there also is love of humanity.
Hippocrates
Będzie pozytywnie. Mówienie o bliźnich dużo i dobrze jest zaletą wartą kultywowania. Pójdźmy zatem tą drogą.
Historia medycyny opartej na naukowych przesłankach, zwanej w przeciwieństwie do rozmaitych odmian szarlatanerii medycyną akademicką, pełna jest zabawnych i pouczających przykładów. Dzisiaj będzie o pełnej śmiesznych anegdot historii transfuzjologii. Przetaczanie krwi ma pewną tradycję i nie jest wynalazkiem nowym. Początki wiary w szczególną moc i życiodajne znaczenie czerwonego płynu gubią się w mroku dziejów.
Dygresja
Zanim krew zaczęto przetaczać, próbowano ją pić. Na szczególną pamięć zasługuje tutaj nasz ulubiony papież, Jego Świątobliwość Innocenty VIII. Ten dobry i uczony człowiek, nie tylko sprezentował spragnionym dobrej nowiny współczesnym swą niezapomnianą „Bulę na czarownice“, lecz również dostarczył nauce ważnych danych z dziedziny terapii eksperymentalnej. Zapadłszy w lipcu 1492 roku na zdrowiu, wypił na zalecenie swych lekarzy krew trzech dziesięcioletnich pacholąt płci męskiej. Rodzicom pacholąt obiecano po dukacie. Czy honorarium wypłacono, źródła dyskretnie milczą. Kuracja odmładzająca okazała się jednak, ku zdziwieniu medyków, niewypałem. Dawcy nie przeżyli eksperymentu, Innocenty VIII jednak również nie. Osierocił dwa tuziny dziatek. Jeśli nawet nie był szczególnie dobrym przykładem poszanowania reguły celibatu, to na pewno przysłużył się nauce. Entuzjazm do stosowania powyższego rodzaju terapii znacznie po tym eksperymencie osłabł. Nie tylko wśród uczonych medyków ale również wśród pacholąt i ich rodziców. Reszta interesujących szczegółów: „Diario urbis Romae“ autorstwa Stefano Infessury. Czy Steffano Infessura był świadkiem wiarygodnym? Umówmy się, że jest to ciekawe pytanie, ukłon w stronę klasyka.
Koniec dygresji
O tym, że krew krąży, wie każdy i nie ma doprawdy potrzeby zajmować się tym truizmem. O tym, że od czasów Hipoktratesa i Galena aż do roku 1628 była to, w myśl obowiązującego kanonu nauk medycznych, niebezpieczna herezja – niekoniecznie. Rzeczą oczywistą dla każdego szanującego się lekarza było twierdzenie, że człowiek posiada dwa systemy krwionośne, ten z ciemną i ten z jasną krwią, jak również, że nie są one ze sobą w żaden sposób połączone, bo i jak?. Nadmiar krwi ciemnej powodował choroby, jej upust był błogosławieństwem dla pacjenta. Najlepszym dowodem było przecież to, że pacjenci zabieg ten niejednokrotnie przeżywali. Ale pozostańmy przy transfuzjologii.
Oficjalnie i naukowo krew zaczęła krążyć dopiero w 1628 roku, Odkrycie zawdzięczamy Wilamowi Harveyowi i jego wiekopomnemu dziełu „De motu cordis“. Dzieło milczy na temat ile psów musiało zostać poddanych wiwisekcji, nie ma wątpliwości jednak, że była to liczba pokaźna. Nie ma nauki bez ofiar. Odkrycie zainteresowało niepomiernie współczesnych Harveyowi lekarzy. Pomiędzy 1656 i 1666 rokiem, panowie Christopher Wren (który zainteresowania anatomią łączył z wykonywaniem zawodu architekta), Thomas Willis (autor pierwszego podręcznika anatomii mózgu) i Richard Lower eksperymentowali na wyścigi, wprowadzając rozmaitym zwierzętom do krwiobiegu rozmaite płyny ze szczególnym upodobaniem do trucizn i barwników. Teatry wiwisekcji były wówczas bardzo popularne i można sobie wyobrazić rozbawienie publiczności na widok czerwieniejącej żaby lub zieleniejącego kota. Wkrótce eksperymenty na zwierzętach utraciły posmak świeżości i uczeni medycy postanowili je rozszerzyć.
W 1657 roku, francuski ambasador „podarował“ Wrenowi swego służącego jako obiekt eksperymentalny, ten jednak (służący, nie Wren) strasznie się wyrywał a na koniec zemdlał. Eksperyment, przerwano.
W 1666 roku, Lower zwrócił się do kierownictwa przytułku dla osób dotkniętych schorzeniami psychicznymi z prośbą o dostarczenie odpowiedniej liczby pacjentów, na których zamierzał przeprowadzić swe doświadczenia. Gdy kierownictwo, najwyraźniej wsteczne i nieświadome doniosłej roli eksperymentu dla rozwoju nauki, odmówiło współpracy, Lower, za zgodą rodziny, dokonał przetoczenia krwi jagnięcej lekko cofniętemu w rozwoju współobywatelowi o nazwisku Arthur Coga. Coga przeżył, ku zdziwieniu uczonego jednak, jego matołectwo nie uległo uleczeniu.
Rok 1667 przynosi pierwszą, uwieńczoną sukcesem transfuzję na kontynencie. Jean-Baptiste Denis dokonuje przetoczenia krwi owcy. Nie wiemy jakie były wskazania i czy były. Biorcą jest 15-letni młodzian. Sukces polega na tym, że pacjent jakimś cudem przeżył. Ośmieleni powodzeniem kolegi, rozliczni francuscy lekarze dokonują transfuzji krwi jagnięcej. Pacjenci masowo umierają, co osłabia na pewien czas ich entuzjazm do poddawania się modnej terapii.
W roku 1668 Matthäus Gottfried Purmann odnosi kolosalny sukces. Przeprowadzając transfuzję krwi owczej leczy niejakiego pana Welsleina z trądu. Jakim cudem – trudno dzisiaj dociec. Współczesne dzieła naukowe z dumą odnotowują. Próby przetaczania krwi koziej i jagnięcej nie ustają.
Pierwszego września 1818 roku w londyńskim szpitalu St. Guy’s Hospial dokonano pierwszej transfuzji krwi ludzkiej. Przetaczał Dr. med. James Blundell, krew pochodziła od rozmaitych dawców. Pacjent, ku niepomiernemu zdziwieniu lekarza, nie przeżył zabiegu.
Występujące w trakcie przetaczania krwi ludzkiej zgony są regułą, przeżycie pacjenta wyjątkiem. XIX-wieczni koryfeusze medycyny zalecają powrót do krwi jagnięcej, koziej a nawet mleka (sic!) koziego.
Opublikowana w 1874 roku praca F. Giselliusa, w której ten malkontent donosi, że co druga transfuzja kończy się zgonem, nie studzi entuzjazmu. W armii pruskiej wydany zostaje rozkaz, aby ruszający do krwawej bitwy żołnierze, mieli przytroczone do plecaka jagnię, a w plecaku instrumentarium do przetaczania krwi. Jagnię miało służyć jako „żywa” konserwa. W razie czego.
W 1901 roku, 235 lat po przeprowadzeniu pierwszej transfuzji, wiedeński patolog Karl Landsteiner odkrywa system antygenów grupowych krwi. Od tego momentu, lekarze wiedzą wreszcie co robią. Fakt, że twierdzili to jednak także uprzednio, zabijając niechcący co drugiego pacjenta, nie przyćmiewa terapeutycznych sukcesów. Powiedzmy sobie szczerze: w historii medycyny zajmującej się z upodobaniem tejże świetlistymi momentami bywa on przeważnie skromnie przemilczany.
Dr. Joseph Mengele był złym człowiekiem. W jego korespondencji odnaleźć można uwagi, że przeprowadzane przezeń eksperymenty są wynikiem jego głębokiej wiary w konieczność postępu a ten służy jak wiadomo dobru ludzkości. Pragniemy podkreślić, że przyłączamy się do tych, którzy tego zwyrodnialca potępiają.
Pragniemy również podkreślić, że nasz entuzjazm dla nauk głoszonych przez Świadków Jehowy utrzymuje się w rozsądnych granicach. Będąc zwolennikami postępu w nauce, nie namawiamy nikogo do udania się do szamana lub korzystania jedynie z leków homeopatycznych.