Dużo i dobrze.

czerwiec 8, 2009

Wherever the art of medicine is loved, there also is love of humanity.
Hippocrates

Będzie pozytywnie. Mówienie o bliźnich dużo i dobrze jest zaletą wartą kultywowania. Pójdźmy zatem tą drogą.

Historia medycyny opartej na naukowych przesłankach, zwanej w przeciwieństwie do rozmaitych odmian szarlatanerii medycyną akademicką, pełna jest zabawnych i pouczających przykładów. Dzisiaj będzie o pełnej śmiesznych anegdot historii transfuzjologii. Przetaczanie krwi ma pewną tradycję i nie jest wynalazkiem nowym. Początki wiary w szczególną moc i życiodajne znaczenie czerwonego płynu gubią się w mroku dziejów.
Dygresja
Zanim krew zaczęto przetaczać, próbowano ją pić. Na szczególną pamięć zasługuje tutaj nasz ulubiony papież, Jego Świątobliwość Innocenty VIII. Ten dobry i uczony człowiek, nie tylko sprezentował spragnionym dobrej nowiny współczesnym swą niezapomnianą „Bulę na czarownice“, lecz również dostarczył nauce ważnych danych z dziedziny terapii eksperymentalnej. Zapadłszy w lipcu 1492 roku na zdrowiu, wypił na zalecenie swych lekarzy krew trzech dziesięcioletnich pacholąt płci męskiej. Rodzicom pacholąt obiecano po dukacie. Czy honorarium wypłacono, źródła dyskretnie milczą. Kuracja odmładzająca okazała się jednak, ku zdziwieniu medyków, niewypałem. Dawcy nie przeżyli eksperymentu, Innocenty VIII jednak również nie. Osierocił dwa tuziny dziatek. Jeśli nawet nie był szczególnie dobrym przykładem poszanowania reguły celibatu, to na pewno przysłużył się nauce. Entuzjazm do stosowania powyższego rodzaju terapii znacznie po tym eksperymencie osłabł. Nie tylko wśród uczonych medyków ale również wśród pacholąt i ich rodziców. Reszta interesujących szczegółów: „Diario urbis Romae“ autorstwa Stefano Infessury. Czy Steffano Infessura był świadkiem wiarygodnym? Umówmy się, że jest to ciekawe pytanie, ukłon w stronę klasyka.
Koniec dygresji

O tym, że krew krąży, wie każdy i nie ma doprawdy potrzeby zajmować się tym truizmem. O tym, że od czasów Hipoktratesa i Galena aż do roku 1628 była to, w myśl obowiązującego kanonu nauk medycznych, niebezpieczna herezja – niekoniecznie. Rzeczą oczywistą dla każdego szanującego się lekarza było twierdzenie, że człowiek posiada dwa systemy krwionośne, ten z ciemną i ten z jasną krwią, jak również, że nie są one ze sobą w żaden sposób połączone, bo i jak?. Nadmiar krwi ciemnej powodował choroby, jej upust był błogosławieństwem dla pacjenta. Najlepszym dowodem było przecież to, że pacjenci zabieg ten niejednokrotnie przeżywali. Ale pozostańmy przy transfuzjologii.

Oficjalnie i naukowo krew zaczęła krążyć dopiero w 1628 roku, Odkrycie zawdzięczamy Wilamowi Harveyowi i jego wiekopomnemu dziełu „De motu cordis“. Dzieło milczy na temat ile psów musiało zostać poddanych wiwisekcji, nie ma wątpliwości jednak, że była to liczba pokaźna. Nie ma nauki bez ofiar. Odkrycie zainteresowało niepomiernie współczesnych Harveyowi lekarzy. Pomiędzy 1656 i 1666 rokiem, panowie Christopher Wren (który zainteresowania anatomią łączył z wykonywaniem zawodu architekta), Thomas Willis (autor pierwszego podręcznika anatomii mózgu) i Richard Lower eksperymentowali na wyścigi, wprowadzając rozmaitym zwierzętom do krwiobiegu rozmaite płyny ze szczególnym upodobaniem do trucizn i barwników. Teatry wiwisekcji były wówczas bardzo popularne i można sobie wyobrazić rozbawienie publiczności na widok czerwieniejącej żaby lub zieleniejącego kota. Wkrótce eksperymenty na zwierzętach utraciły posmak świeżości i uczeni medycy postanowili je rozszerzyć.
W 1657 roku, francuski ambasador „podarował“ Wrenowi swego służącego jako obiekt eksperymentalny, ten jednak (służący, nie Wren) strasznie się wyrywał a na koniec zemdlał. Eksperyment, przerwano.
W 1666 roku, Lower zwrócił się do kierownictwa przytułku dla osób dotkniętych schorzeniami psychicznymi z prośbą o dostarczenie odpowiedniej liczby pacjentów, na których zamierzał przeprowadzić swe doświadczenia. Gdy kierownictwo, najwyraźniej wsteczne i nieświadome doniosłej roli eksperymentu dla rozwoju nauki, odmówiło współpracy, Lower, za zgodą rodziny, dokonał przetoczenia krwi jagnięcej lekko cofniętemu w rozwoju współobywatelowi o nazwisku Arthur Coga. Coga przeżył, ku zdziwieniu uczonego jednak, jego matołectwo nie uległo uleczeniu.
Rok 1667 przynosi pierwszą, uwieńczoną sukcesem transfuzję na kontynencie. Jean-Baptiste Denis dokonuje przetoczenia krwi owcy. Nie wiemy jakie były wskazania i czy były. Biorcą jest 15-letni młodzian. Sukces polega na tym, że pacjent jakimś cudem przeżył. Ośmieleni powodzeniem kolegi, rozliczni francuscy lekarze dokonują transfuzji krwi jagnięcej. Pacjenci masowo umierają, co osłabia na pewien czas ich entuzjazm do poddawania się modnej terapii.
W roku 1668 Matthäus Gottfried Purmann odnosi kolosalny sukces. Przeprowadzając transfuzję krwi owczej leczy niejakiego pana Welsleina z trądu. Jakim cudem – trudno dzisiaj dociec. Współczesne dzieła naukowe z dumą odnotowują. Próby przetaczania krwi koziej i jagnięcej nie ustają.
Pierwszego września 1818 roku w londyńskim szpitalu St. Guy’s Hospial dokonano pierwszej transfuzji krwi ludzkiej. Przetaczał Dr. med. James Blundell, krew pochodziła od rozmaitych dawców. Pacjent, ku niepomiernemu zdziwieniu lekarza, nie przeżył zabiegu.
Występujące w trakcie przetaczania krwi ludzkiej zgony są regułą, przeżycie pacjenta wyjątkiem. XIX-wieczni koryfeusze medycyny zalecają powrót do krwi jagnięcej, koziej a nawet mleka (sic!) koziego.
Opublikowana w 1874 roku praca F. Giselliusa, w której ten malkontent donosi, że co druga transfuzja kończy się zgonem, nie studzi entuzjazmu. W armii pruskiej wydany zostaje rozkaz, aby ruszający do krwawej bitwy żołnierze, mieli przytroczone do plecaka jagnię, a w plecaku instrumentarium do przetaczania krwi. Jagnię miało służyć jako „żywa” konserwa. W razie czego.
W 1901 roku, 235 lat po przeprowadzeniu pierwszej transfuzji, wiedeński patolog Karl Landsteiner odkrywa system antygenów grupowych krwi. Od tego momentu, lekarze wiedzą wreszcie co robią. Fakt, że twierdzili to jednak także uprzednio, zabijając niechcący co drugiego pacjenta, nie przyćmiewa terapeutycznych sukcesów. Powiedzmy sobie szczerze: w historii medycyny zajmującej się z upodobaniem tejże świetlistymi momentami bywa on przeważnie skromnie przemilczany.

Dr. Joseph Mengele był złym człowiekiem. W jego korespondencji odnaleźć można uwagi, że przeprowadzane przezeń eksperymenty są wynikiem jego głębokiej wiary w konieczność postępu a ten służy jak wiadomo dobru ludzkości. Pragniemy podkreślić, że przyłączamy się do tych, którzy tego zwyrodnialca potępiają.
Pragniemy również podkreślić, że nasz entuzjazm dla nauk głoszonych przez Świadków Jehowy utrzymuje się w rozsądnych granicach. Będąc zwolennikami postępu w nauce, nie namawiamy nikogo do udania się do szamana lub korzystania jedynie z leków homeopatycznych.