Kryzys
Listopad 16, 2011
Głos w słuchawce był z jednej strony uprzejmy, z drugiej jednak, trochę jakby nieprzyjemny.
- Pan mi jest winien pieniądze – powiedział głos.
- Ach, kanonik Vaubain, jakże się cieszę – skłamał Myszkin. I dodał:
- Pamiętam, naturalnie, że pamiętam.
Kanonik Vaubain przypomniał Myszkinowi coś, o czym Myszkin co prawda wiedział, ale o czym jednocześnie wcale nie chciał pamiętać. W zaistniałej sytuacji najgłupsze było jednak to, że kanonik świetnie wiedział, że Myszkin nie chce pamiętać, a Myszkin wiedział, że kanonik wie.
Dalsza rozmowa nie potoczyła się wartko. I nie dotyczyła wynalazku Plauta.
Sądziłem, że Mistrz sądził, że sądziłem, [...]
Nie tyle kryzys, co Piekło. Pieśń XIII, jeśli mam wierzyć swej notatce. A reszta się zgadza.
PS.
Mam nadzieję, że negacją nikogo nie uraziłem. Chętnie udzieliłbym błogosławieństwa negacji na długi, ale niestety, to poza moją mocą…
@Nie tyle kryzys, co Piekło
To szło przecież tak:
“Teraz patrz pilnie, pomny, com powiadał,
Rzeczy obaczysz niezwykłej natury”
Po boru echem jęk ogromny biadał,
Ale kto jęczyć mógł, nie wypatrzyłem,
Więc stałem, a strach z głosów na mnie padał.
Sądziłem, że Mistrz sądził, że sądziłem,
Jakoby głosy owe szły z gęstwiny
Od duchów, które sobą wystraszyłem.
„Sprobuj — powiada mi — urwać z krzewiny
Jedną gałązkę; kiedy się odłamie,
Mniemania twoje obrót wezmą iny”.
A Piekło? Jean Paul S. mylił się poważnie. Piekło to nie inni. Piekło to my. Dla innych. ;)
@mona
I niebo też, czasem równocześnie. :D
@Pak: też mi się bardziej podoba przekład Porębowicza, niż Swiderskiej.
@dru’ :
Tak. Ale o wiele rzadziej ;)
@mona:
rzadziej, ale bardziej.
I zapadła głucha cisza, bo pewnie nikt nie wie, o jaki wynalazek Plauta chodzi. O komedię jako taką, bo niby ojcem komedii był zwany? Eee tam. Bez sensu. O co insze? Ale o jakie insze?
Ja też w zasadzie nie wiem, ale tak sobie kombinuję, że jak nie wiadomo, o co chodzi, to we wpisie była mowa o forsie. I o stosunkach międzyludzkich. I o hipokryzji. I o zapętleniu. I o różnych tam. Może by się pod różne tam podłączyć?
Tak czy owak, nie obejdzie się bez momentu trudnej decyzji. Czy wyjaśnić Autorowi, co chciał przez to powiedzieć? Czy obruszyć się dumnie i pożeglować w swoją stronę? Czy udawać, że tajemnym sposobem odebrało się najtajniejsze brzmienia autorskiej duszy i może się współbrzmieć? Czy podpisać listę obecności i zasnąć? Czy wyszukać w guglu coś takiego, żeby choć na chwilę wszystkich zatkało?
Tyle pytań, tyle pytań, tak się Bobik biedzi. Ach, jak trudno żyć bez jednej, słusznej odpowiedzi…
Proszę Szanownego Psa,
Plautus – co wynika z moich skromnych ustaleń – nie uchodzi za twórcę komedii. Chociaż napisał ich z trzy metry bieżące, a na pewno więcej niż 120. Natomiast tragikomedii to jak najbardziej jest wynalazcą. Weźmy takiego Amfitriona, prawda. Jak piękna historia. jednakowoż nie dla nieletnich. No bo popatrzmy: Merkury informuje publikę, że Amfitrion ze swym wiernym Sosją powraca z wojennej wycieczki do rodzinnych Teb, w tym czasie Jupiter robi z jego żoną różne rzeczy podpadające pod program dla dorosłych. Ona zaś (ta żona, Alkmena ma na imię, baraszkuje sobie ze spokojnym sumieniem, bo myśli (ha, ha) że Jupiter jest jej mężem, a z mężem (w przeciwieństwie do Jupitera) można. Merkury, który jest synem Jupitera zostaje obarczony misją zagwarantowania baraszkującemu i chcącemu dalej baraszkować tatusiowi spokoju, aby sprostać zadaniu przemienia się w Sosję po to tylko, aby wyrzucić powracającego przed swym panem prawdziwego Sosję z domu bijąc go przy tym dotkliwie. Jupiter, nabaraszkowawszy się do syta opuszcza Alkmenę która jest całkiem wygłupiona, bo chwilę później pojawia się na progu jej sypialni prawdziwy Amfitrion, tym razem już nie Jupiter i chce pobaraszkować, co jest dla Alkmeny uciążliwe i niepokojące. I tak dalej, i tak dalej. Wszystko kończy się na szczęście dobrze, bo Alkmena, która zaszła, powije bliźniaki z których jeden jest od męża, a drugi synem Jupitera. Wszyscy są szczęśliwi, a najbardziej Amfitrion, bo mógł się podzielić żoną z absolutem. Później nazwano taki układ ménage a trois, ale ponieważ Rzymianie nie znali francuskiego, to trzeba było na to nazwanie rzeczy po imieniu trochę poczekać.
Tragikomedia zaś, od czasów Plauta, bawiła bardziej widzów niż uczestników zajść, co jest zrozumiałe. I bawi po dziś dzień.
Nie mam akurat pod łapą dowodów, że ten i ów wyrażał się o Plaucie per ojciec komedii (co raczej nie odnosiło się zresztą do wynalezienia przez niego w/w, tylko miało podkreślać jego pozycję jako komediopisarza), ale mogę dać psie słowo honoru, że o tym czytałem. ;)
A czy uczestników wydarzeń tragikomedia nie może bawić? Hmm… Ja właściwie w ogóle mam taki sposób na życie, że w jakichkolwiek wydarzeniach biorę udział, prędzej czy później przypominam sobie zalecenie Gogola i zaczynam się sam z siebie śmiać.
Wiem, to szczeniackie, ale ile spraw załatwia…
@ Bobik – to nie wiesz że Gogol bardzo źle skończył?
Pewnie się sam do swoich rad nie stosował. ;)
@ Bobik – a może trzeba pójść jeszcze krok dalej, pozwolić innym śmiać się z siebie? Byle nie skończyć jak Gogol.
Ooo, pozwalanie innym na śmianie się ze mnie, to wręcz moje hobby. Choć oczywiście wolałbym, żeby nie śmiano się złośliwie albo z politowaniem, bo wtedy istotnie mógłbym źle skończyć. Ale takie normalne rozśmieszanie ludzi to dla psa duża przyjemność, a często jeszcze przynosi profity w postaci kości albo plasterka kiełbasy. :-)
Rozmowa nie mogla potoczyc sie wartko z jednej prostej przyczyny – kanonik Vaubain mial zajecza warge, seplenil i jakal sie. Do tego, przewaznie mial pelno kamykow w gebie…
Telemachu!
Wpisuję się, żebyś wiedział, że czytam. Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie
Myszkin zdolny jest do morderstwa?
Myszkin, jak wiadomo z literatury, zdolny nie jest. W przeciwieństwie do Rogożyna. Ale pewnie najlepiej zapytać Nastazję Filipowną.
Ze 150 lat i 150M trupów minęło, z drugiej stromy tytularny dydaktykę ignoruje…
Może jakiś znak życia?
Telemachu, wróć!
Głos w słuchawce był z jednej strony uprzejmy, z drugiej jednak, trochę jakby nieprzyjemny.
- Pan mi jest winien wpis – powiedział głos.
- Ach, kanonik Grześ, jakże się cieszę – skłamał Telemach. I dodał:
- Pamiętam, naturalnie, że pamiętam.
Kanonik Grześ przypomniał Telemachowi coś, o czym Telenach co prawda wiedział, ale o czym jednocześnie wcale nie chciał pamiętać.
Dwoniąc do Życia pies Bobik był szczerze zirytowany.
- Telemach jest mi winien wpis! – szczeknął bez zwyczajowych ceremonialnych wstępów.
Z drugiej strony dało się słyszeć niewyraźne mruczenie i coś jakby stukanie w kalkulator. W końcu Życie odezwało się dość arogancko:
- Czy pan zdaje sobie sprawę z tego, ile Telemach mnie jest winien? Pańskie roszczenia przy moich to jest po prostu drobny, nieistotny pikuś.
- O kurczę, to przepraszam – powiedział zmieszany Bobik. – Jak zwykle dostrzegłem tylko swój ogonek.
- No cóż, jak każdy – warknęło Życie. – Ale to nie jest żadne usprawiedliwienie.
Proszę, o ile to możliwe, o kontynuację. Dlaczego o to co dobre trzeba zawsze prosić?