Nasz wielki wynalazca (1)
Luty 8, 2010
Pewne daty są jednak ważne. Na przykład 28 stycznia 1807 roku. Tego dnia, po raz pierwszy na ulicy miasta zapłonęły gazowe latarnie. Było to w Londynie, ulica nazywała się Pall Mall. Gazowe oświetlenie było wynalazkiem epokowym. Ulice przestały być po zapadnięciu zmroku obszarem bezprawia. Oświetlenie gazowe zyskało natychmiast rozlicznych zwolenników, ba – żarliwych entuzjastów. Gazownie zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu. Pierwszy budynek użyteczności publicznej uzyskał nowoczesne oświetlenie gazowe 1 kwietnia 1814, dwa lata później Baltimore mogło się poszczycić latarniami zdobiącymi wszystkie ulice miasta. W 1823 roku większość brytyjskich miast posiadała zarówno gazownie, jak i jasno oświetlone trotuary. Gdy w 1828 roku zapłonęły latarnie na ulicach Drezna, mieszkańcy Berlina i Hanoweru zdążyli się do nowego luksusu już przyzwyczaić. W latach 1832-1838 powstaje sieć połączeń zaopatrująca w gaz świetlny nie tylko wiedeńskie urzędy, pałace i banki, lecz również domy zwykłych obywateli. Każdy chce mieć w domu czysto i jasno. W połowie XIX-wieku już we wszystkich europejskich metropoliach (podkreślmy: metropoliach) jest jasno. Ale nie tylko w metropoliach, w znajdującej się nieopodal Drezna wsi Burg, gazowe lampy płoną od ponad dwudziestu lat. Ludzkość wchodzi w drugą połowę XIX wieku z uzasadnioną nadzieją na życie w coraz jaśniejszej rzeczywistości. Kopcące knoty świec, kaganków i lamp na olej odchodzą zasłużenie do lamusa. Zwycięski pochód (coraz bardziej doskonałego) oświetlenia gazowego zostanie jednak wkrótce zatrzymany. Zaczyna się rok 1853. W Stanach Zjednoczonych Thomas Alva Edison rozpoczyna nauki szkolne, nikt nie podejrzewa, że już niedługo rozpocznie majstrować nad wynalazkiem, który nazwie żarówką.
31. lipca 1853 nasz wybitny rodak , Jan Józef Ignacy Łukasiewicz przedstawia swój epokowy wynalazek: lampę naftową.
Tego dnia (a w zasadzie wieczoru), w szpitalu pijarów na lwowskim Łyczakowie chirurg Zaorski zoperował wyrostek robaczkowy pacjentowi Choleckiemu. Nie wiadomo, czy pacjent przeżył. Wiadomo, że nowe oświetlenie przewyższało znacznie stosowane dotąd łojowe świece. Rozpoczęła się era oświetlenia naftowego. W Polsce.
Pustka
Luty 5, 2010
Pustka jest pojęciem względnym. Jeśli wszyscy jesteśmy drzewami w berkleyowskim lesie, to kto usłyszy odgłos naszego upadku? Nie oszukujmy się, pomoc w postaci siwobrodego starca nie nadejdzie. Chociaż może tym, którzy się jeszcze łudzą będzie w międzyczasie trochę lżej.
Obojętnie dokąd się wybieramy – wszyscy prędzej czy później wysiądziemy na stacji Astapowo.
Kara śmierci. Zadowalające rozwiązanie problemu.
Styczeń 29, 2010
Dialog pomiędzy zwolennikami oraz przeciwnikami kary śmierci rzadko polega na wymianie i ocenie argumentów i dlatego jest w zasadzie niemożliwy. Mimo to spór toczy się wartko od lat. Obie strony okopały się skutecznie i nic nie wskazuje na to, aby ta pozycyjna wojna miała się w najbliższym czasie zakończyć.
Przeciwnicy najwyższego wymiaru kary nie mają zamiaru wsłuchiwać się w atawistyczny bełkot entuzjastów archaicznych rozwiązań, wskazując na subtelną różnicę pomiędzy odwetem i karą. Jak również postęp cywilizacyjny, obowiązek poszanowania praw człowieka, możliwość sądowych pomyłek i statystyki dotyczące skuteczności sankcji – statystyki, z których nie da się wywieść jednoznacznych wniosków.
Zwolennicy tzw. czapy nie chcą i nie mogą znieść naiwnego ględzenia humanistów przepełnionych miłością do człowieka jako takiego. Człowiek jako taki jest bytem abstrakcyjnym, strach przed czającym się za przymkniętymi drzwiami złem z cegłą w dłoni jest realny. Przywoływane są statystyki (z których nie da się wywieść jednoznacznych wniosków) jak również thought-terminating cliché, której istotą jest niewinne pytanie jaki wymiar kary proponowałby humanista dla osobnika który by zgwałcił, a potem bestialsko zamordował jego własną, humanistyczną żonę, córkę, mamusię, niepotrzebne skreślić.
Dygresja
Fakt, że wśród zwolenników religii, której fundamentem jest bezwarunkowa miłość bliźniego oraz idea przebaczania zbłąkanym owieczkom popularność zabijania przestępcy w majestacie prawa jest zdecydowanie większa niż wśród obrzydliwych i pozbawionych wartości ateistów, może dziwić. Podobnie jak dziwi skłonność tych ostatnich do posługiwania się cytatami z ewangelii w celu zapędzenia przeciwnika w kozi róg.
Józef K. wierzy głęboko, że znalazł sensowne i zadowalające rozwiązanie problemu. Pomysł polega na przeprowadzeniu ogólnonarodowego referendum, aktu, który objąłby wszystkich dorosłych rodaków. W zależności od poglądów uczestnicy zostaliby zarejestrowani jako zwolennicy lub przeciwnicy kary śmierci. Stosowano by ją w przyszłości jedynie w stosunku do tych, dla których ten rodzaj sankcji jest godzien akceptacji, sensowny i zadowalający.
Józef K. jest przekonany, że w ten sposób wilk byłby syty i owca cała. Tego przekonania nie wydają się podzielać ani wilk, ani owca, co napełnia Józefa K. nie tylko zdziwieniem, lecz również, w pewnym sensie, smutkiem.
Pana Hodgesa nie było w domu
Styczeń 20, 2010
Domokrążca, mały czarniawy człowieczek w zatłuszczonych binoklach i wytartym garniturze, nie zamierzał łatwo rezygnować.
- Do każdego odkurzacza – tu wskazał na stojący posłusznie obok nogawki spodni kulisty model Hoovera – dodajemy, naturalnie bezpłatnie, jeden egzemplarz Biblii. W twardej oprawie.
Ann Elisabeth była zmęczona i zirytowana. Natrętny sprzedawca zachwalał swój towar już od kwadransa. Jej wzrok powędrował nad głową komiwojażera i zatrzymał się na chwilę na martwym o tej porze dnia neonie samochodowego kina.
- Ponadto – dorzucił jakby mimochodem czarniawy – niektóre osoby, które odmówiły nabycia odkurzacza, spotkało krótko potem poważne nieszczęście.
Tego było już za dużo. Poczuła jak wzbiera w niej gniew.
- Wynocha – powiedziała krótko –wynoś się pan, bo zawołam policję.
- Może jednak skłonna byłaby pani przemyśleć…
- Prędzej trafi mnie na miejscu meteoryt – krzyknęła – nim kupię pański zasrany odkurzacz.
Zatrzasnęła z hukiem drzwi. Przez chwilę stała w przedsionku przysłuchując dobiegającemu z zewnątrz odgłosowi powoli oddalających się kroków.
- I dla takich pętaków – pomyślała wracając do pokoju i moszcząc się na sofie – człowiek przerywa popołudniową drzemkę.
Powoli uspokoiła się. Z głośników stojącego w pobliżu radia rozbrzmiewała cicha muzyka. Wkrótce znów zmorzył ją sen.
Artystom wolno więcej
Styczeń 14, 2010
Szlachectwo zobowiązuje. Muzyka łagodzi obyczaje. Powtarzane do znudzenia komunały zapraszają do postawienia znaku zapytania. Dzisiaj: Il principe Carlo Gesualdo di Venosa.
Genialny był ten Gesualdo. Naprawdę genialny. Będąc (prawdziwym) księciem, był również jak najbardziej prawdziwym artystą. Pod każdym względem. Próby zrobienia z niego jedynie uzdolnionego dyletanta skazane są na niepowodzenie. Kompozytorem się bywa, artystą trzeba się urodzić. Wyprzedził swój czas o wieki. Gesualdo pozostawił potomności (obok garści muzyki sakralnej) sześć zbiorów madrygałów niepodobnych do niczego co powstawało w jego czasach. To, co wyprawiał z polifonią, budziło i budzi nadal zdumienie. Jego sposób stosowania chromatyki pojawi się w zasadzie dopiero trzy wieki później i przyniesie chwałę Wagnerowi. Strawiński był nim zafascynowany. Britten go uwielbiał.
Jego ciekawe nad wyraz życie inspirowało innych przez stulecia, Tasso zaczął, Schnittke skończył. Znakomita biografia pióra Glena Watkinsa nie jest jednak w Polsce zbyt szeroko znana. Wynika to z indolencji polskich wydawców. Gdyby ktoś im powiedział, że Carlo Gesualdo łączy w jednym życiorysie interesujące szeroki ogół dokonania Romana Polańskiego z dorobkiem Charlesa Mansona, pozycja zdobiłaby wystawy rodzimych księgarń. Nie zdobi. Spróbujmy zatem zamknąć tę dotkliwą lukę, ograniczając się do ważniejszych (z punktu widzenia prasy brukowej) faktów.
Carlo Gesualdo urodził się w 1566 roku, tron książęcy objął w wieku lat dwudziestu. W zasadzie nie był splendorami specjalnie zainteresowany, tak się jednak jakoś złożyło. Objęcie ważnego stanowiska położyło kres słodkiej i upojnej młodości, która upływała mu na grze na lutni, rozmowach o sztuce, komponowaniu i uprawianiu seksu z kolegą kompozytorem o zabawnym imieniu Pomponio Nenna, jak również mniej znanym młodzieńcem, niejakim Giovanni Macque. Trzeba się było wziąć do pracy, ta jednak, jak wiadomo, nie zawsze sprawia jedynie przyjemność. Pierwszym obowiązkiem księcia jest podtrzymanie rodu, w tym celu został ożeniony z Marią d’Avalos, kobietą o legendarnej urodzie i równie legendarnym apetycie seksualnym. Gesualdo był jej trzecim mężem, poprzednicy zmarli z wyczerpania. Piękna i łagodna Maria powiła wkrótce dziecię, córeczkę jak chcą jedni, chłopczyka jak twierdzą drudzy. Wkrótce zachodzi ponownie w ciążę, czuje się jednak zaniedbywana przez męża, który ma moc innych, nie cierpiących zwłoki i (łagodnie rzecz mówiąc) intensywnych zajęć. Maria popełnia błąd biorąc sobie kochanka, nie można jej wszakże zarzucić, że była mało wybredna. Fabrizio Caraffa jest nie tylko księciem, lecz również papieskim siostrzeńcem. To się liczy. Zyczliwi donoszą swemu panu co i jak, Gesualdo oświadcza żonie (podstępnie), że udaje się na polowanie, ale się nie udaje, tylko chowa w pobliskich zaroślach. Po zapadnięciu zmroku wkracza (w towarzystwie uzbrojonych w różne ostre przedmioty sług) do swej sypialni. W łożu leży piękna Maria, obok łoża stoi kołyska z niemowlakiem, sielankowy obraz zakłóca jedynie leżący na Marii Fabrizio Caraffa. To co się dzieje potem trudno nazwać działaniem w afekcie, Carlo G. był poinformowany o tym co może go czekać i miał w zasadzie czas aby sobie wszystko przemyśleć, a może nawet ochłonąć. Książe własnoręcznie morduje kochanka pozbawionego nie tylko broni lecz także – co budzi zdziwienie współczesnych – odzianego w damską bieliznę. Następnie, na oczach żony kastruje zwłoki, pastwiąc się dość długo nad ciałem. Potem, kierując się podejrzeniem, że dziecię może być nieprawego łoża, postanawia zarżnąć niemowlę. Biorąc pod uwagę nierówny stosunek sił (niemowlę jest słabsze i nieuzbrojone) bez trudu udaje mu się zrealizować swój zamiar. Na koniec morduje niewierną żonę. Zostawszy potrójnym (a w zasadzie poczwórnym) mordercą, nakazuje wystawienie zmasakrowanych zwłok na widok publiczny, niech poddani się nie nudzą. Ponieważ jest księciem, są pewne problemy z postawieniem go przed sądem. To irytuje rodzinę Fabrizio Caraffy i postanawia ona, korzystając z przewagi liczebnej, wziąć sprawy w swoje ręce. Carlo G. opuszcza Venosę i udaje się do raczej niedostępnego zamku Gesualdo. Tam może się oddać w spokoju swym ulubionym zajęciom (głównie komponowaniu) do czasu, aż sprawa przycichnie. Wkrótce zresztą udaje się do Ferrary, gdzie pojmuje za żonę Leonorę d’Este, odważna kobieta, jak by na to nie patrzeć. Małżonkowie doczekają się potomka, ten jednak umiera, a Gesualdo pogrąża się w głębokiej depresji. Zamknąwszy się ponownie w murach swego zamku, oddaje się kompozycji dzieł sakralnych, modlitwie, a przede wszystkim umartwianiu powłoki cielesnej. Umartwianie powłoki polega na tym, że daje się codziennie wybatożyć do krwi przez nagiego młodzianka, dziecko prawie. Zatrudniał ich zresztą spore grono, na wypadek gdyby któryś zachorował albo się zmęczył. Sam też – jak głosi wieść gminna – rezygnuje podczas tych regularnych sesji z odzieży. Umiera z wycieńczenia w 1613 roku. Sacher-Masoch i markiz de Sade byli tylko epigonami.
Tak po krótce brzmi historia Carla Gesualdo, księcia di Venosa, interesującego człowieka, szlachetnie urodzonego prekursora niekonwencjonalnych praktyk seksualnych z udziałem przemocy i nieletnich, wielokrotnego mordercy, pełnego skruchy grzesznika, a przede wszystkim genialnego artysty, którego utworami zachwycamy się po dzień dzisiejszy.
Pojawiające się ostatnio pytanie, czy artystom wolno więcej, nie jest całkiem bezzasadne, nie odzwierciedla jednak złożoności zagadnienia. Gesualdo wolno było więcej. Na zdrowie mu to nie wyszło.
—
Watkins postarza Gesualdo przenosząc jego urodziny na rok 1562. Jest to zabieg kontrowersyjny. Alfred Schnittke twierdził w jednym ze swych listów, że Watkinsowi nie we wszystkim można wierzyć.
Krzepiąca myśl
Styczeń 8, 2010
Seth Godin, formułując swe nader powabne ogólne prawo ewolucji mediów , idzie na skróty przez trawnik. Ale dochodzi do ciekawych wniosków. Sprawa wygląda według niego (w przybliżeniu) mniej więcej tak:
- Technicy wymyślają i uruchamiają.
- Technicy obdarzeni zmysłem estetycznym doskonalą, podnosząc przy tym poziom.
- Artyści przejmują medium od techników.
- Księgowi przejmują od artystów
- Biurokraci zajeżdżają medium na śmierć, lądując ostatecznie w (nudnym) banale.
Godin nie widzi możliwości wyrwania się z tego zaklętego kręgu. Widzi ten schemat w przeszłości (malarstwo olejne) , teraźniejszości (telewizja) i jest przekonany, że los ten oczekuje również to, co dobre w sieci.
Kropotkin nie podziela poglądu Godina. Zarówno plotka jak i pomówienie od tysięcy lat znajdują się od początku w ręku artystów gatunku. I nic na to nie wskazuje, aby coś się miało pod tym względem zmienić. Jest to krzepiąca myśl – myśli – chyba, że uznamy iż jest to wyjątek potwierdzający regułę.
Za co ojczyzna powinna kochać Polaka?
Styczeń 6, 2010
Pewne pytania warto postawić mimo wszystko. Nawet, gdy z pozoru wydają się absurdalne. A w zasadzie – dokładnie dlatego. A więc za co? Dobry, łagodny charakter? Wyrafinowany zmysł estetyczny? Szacunek do bliźnich? Sławetną na cały świat uczciwość? Pęd do wiedzy? Bezinteresowność? Ponadprzeciętną wrażliwość? Krytyczny stosunek do samego siebie? Nie rańmy się niepotrzebnie i lepiej nie wymieniajmy dalej. Prawda jest bezwzględna, warto jednak spojrzeć jej prosto w oczy: ojczyzna Polaka nie kocha. Od stuleci kopie go w tyłek, zsyła jedną plagę za drugą, podśmiechując się przy tym cicho i szyderczo. Polak zdaje się tego nie zauważać i kocha ojczyznę miłością tak głęboką jak nieodwzajemnioną, obwiniając za swe nieszczęścia wszystkich i wszystko, a najchętniej rodzinę, sąsiadów bliższych i dalszych oraz (ewentualnie) mniejszości etniczne. Obcych, którzy mu źle życzą, prawdopodobnie zazdroszczą i chyba na pewno nie lubią. Już w pierwszej czytance można o tym przeczytać, dalsze lektury szkolne tylko pogłębiają pierwsze wrażenie. Po przebyciu młodzieńczej choroby romantycznej (na którą obecnie prawie nikt już nie umiera), Polak przeciera oczy i popada w mistycyzm, przedsiębiorczość lub alkoholizm. Innej drogi nie ma. Chyba, że uwzględnimy seminarium duchowne. Ale to się ze zrozumiałych względów nie liczy.
Najwyższy czas, aby wreszcie coś z tym zrobić. Są rodzaje normalności na które można, ale niekoniecznie trzeba się godzić.
(Autor nieznany)
Ku pokrzepieniu serc. Niepamięć Narodowa.
Styczeń 1, 2010
Mówienie źle o sobie nawzajem ma wśród naszych rodaków długą i starannie pielęgnowaną tradycję. W zasadzie o każdym można powiedzieć coś dobrego. Nawet o największej kanalii. Nieprawdaż? Ale czy trzeba? Sprawy zaczynają się jednak naprawdę komplikować, gdy rodak zasługuje na to aby mówić o nim dużo, głośno a przede wszystkim dobrze. Wtedy jest kłopot.
Będzie o jednym z wielkich narodowych nieobecnych. Nieobecnych w pamięci ogółu, nieobecnych w panteonie wybitnych rodaków, panteonie z którego zasobów tak chętnie czerpiemy obfitymi garściami gdy przychodzi stawiać pomniki, nazywać uczelnie, żłobki, place i ulice. Mamy wprawdzie Instytut Pamięci Narodowej, ten jednak – zajęty w ramach wymierzania sprawiedliwości dziejowej priorytetowym ustalaniem szczegółów życiorysu szwagra drugorzędnego szpicla w mieścinie niegdyś powiatowej w celu zbadania zgodności plotek z kwitami – nie ma czasu na duperele. Spróbujmy zatem pomóc.
Po przestudiowaniu kilku znanych obcojęzycznych encyklopedii i leksykonów można doznać pewnego zdziwienia. Zdaniem Anglików, Niemców, Francuzów – ba nawet Czechów, Słowaków i Rosjan, był nasz krajan geniuszem. Wielka Encyklopedia PWN jest o wiele skromniejsza zadowalając się skąpą wzmianką. Jeśli interesuje Cię czytelniku fascynujący życiorys jednego z najbardziej cenionych na świecie polskich uczonych, mogę Ci polecić jedną z rozliczych monografii poświęconych jego życiu i dorobkowi. Jest ich multum, wciąż ukazują się nowe. Jeśli znasz języki obce, z pewnością nie będziesz miał trudności z zapoznaniem się zarówno z biografią jak i osiągnięciami naszego rodaka. Jeśli nie – raczej marny Twój los.
Anglicy na przykład piszą o nim tak:
His work had a major impact on 20th century linguistic theory, and it served as a foundation for several schools of phonology. He was an early champion of synchronic linguistics, the study of contemporary spoken languages, which he developed contemporaneously with the structuralist linguistic theory of Swiss linguist Ferdinand de Saussure. Among the most notable of his achievements is the distinction between statics and dynamics of languages and between a language, that is, an abstract group of elements, and speech (its implementation by individuals). Together with his students (…), he also shaped the modern usage of the term phoneme, which had been coined in 1873 by the French linguist A. Dufriche-Desgenettes.
Wiadomo o kogo chodzi, prawda? Nie? No to czytajmy dalej:
Three major schools of 20th century phonology arose directly from his distinction between physiophonetic (phonological) and psychophonetic (morphophonological) alternations: the Leningrad School of Phonology, the Moscow School of Phonology, and the Prague School of Phonology. All three schools developed different positions on the nature of (his) alternational dichotomy. The Prague School was the best known outside of the field of Slavic linguistics. Throughout his life he published hundreds of scientific works in Polish, Russian, Czech, Slovenian, Italian, French and German
No, teraz nie powinno być już chyba większych trudności.
Był patriotą. Był (naprawdę) wybitnym uczonym. Był ofiarą prześladowań carskiej Ochrany. Genialnym publicystą. Najbardziej znaczącym organizatorem nauki polskiej w trudnych czasach tworzenia zrębów polskiej państwowości. Był ponadto – jakby na to nie patrzeć – jednym z najbardziej cenionych polityków pierwszej dekady II Rzeczpospolitej. Twierdzenie, że zupełnie nie doceniamy naszego rodaka byłoby jednak sporą przesadą. Jego imieniem został w końcu nazwany ślepy zaułek na przedmieściach Wrocławia i przesmyk pomiędzy koszmarnym blokowiskiem i garażami w Ząbkowicach Sląskich.
Przyczyn takiego, nie zaś innego stanu rzeczy można się jedynie domyślać. Na przykład zapoznając się z odpowiednim hasłem w polskiej wersji Wikipedii.
Postanowienia noworoczne. Przechytrzyć.
Grudzień 31, 2009
Zaśnieżony (adekwatnie do pory roku) krajobraz powinien działać kojąco. Nie działa. Kropotkin siedzi przy biurku pogrążony w ponurej zadumie. To, co spisane, nabiera mocy. Tylko to. Przed Kropotkinem leży kartka papieru i prowokuje niepokalaną czystością. Niekończąca się lista niezrealizowanych zamierzchłych planów wisi nad Kropotkinem i domaga się uzupełnienia o nowe, niezużyte jeszcze, w pewien sposób dziewicze zamierzenia.
Z drugiej strony: ileż to razy dobre postanowienia noworoczne zamieniały się (niepostrzeżenie) po upływie kilku dni w pobożne życzenia? Z przygnębieniem stwierdza, że realizacja dobrych postanowień skazana jest – zgodnie z nieznanym jeszcze prawem natury – na porażkę. Sromotną klęskę, która nadejdzie z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością.
Postanawia zatem w nowym roku udawać się później na spoczynek i wstawać zdecydowanie później. Unikać sportu i stronić od ruchu na świeżym powietrzu. Palić i pić dzielnie, odżywiając się przy tym konsekwentnie niezdrowo. Więcej tłuszczu i węglowodanów, za to mniej owoców i warzyw – notuje na kartce. Mniej czytać, a jeśli się nie uda, unikać przynajmniej pozycji wymagających intelektualnego wysiłku, koncentrując się na twórczości łatwej, trywialnej i mało wymagającej. Zacząć wreszcie regularnie oglądać telewizję. Wrzeszczeć na bliskich, stronić od instrumentów muzycznych, zaniedbać naukę języków obcych. Spóźniać się z regularnością szwajcarskiego zegarka.
Po upływie kwadransa lista jest gotowa. Kropotkin przypatruje się jej z rosnącą ufnością. Powinno się nie udać. Statystyka jest tym razem po jego stronie.
Getting away from binary thinking (12/28)
Grudzień 29, 2009
Starej Majchrzakowej ukazał się we śnie Adolf Hitler. Stał na kładce przerzuconej nad strumieniem oddzielającym pole starego Serwety od łąk książęcych i taki blask od niego bił, że aż czy bolały. Ubrany był w damski szlafrok w kwiaty, na bosych stopach miał kąpielowe klapki koloru lila. Stara Majchrzakowa chciała się we śnie przeżegnać, albo chociaż splunąć na ziemię i powiedzieć: idź precz maro nieczysta, ale nie mogła. Stali więc tak naprzeciw siebie przez dłuższą chwilę, Majchrzakowa wpatrywała się w Hitlera, Hitler wpatrywał się w Majchrzakową, w porastającym brzegi strumienia tataraku słychać było kumkanie żab. W końcu Hitler przełknął ślinę, wciągnął ze świstem powietrze, machnął prawą dłonią w kierunku widniejącego na horyzoncie elewatora i wyszeptał: pójdź dziecię, ja cię uczyć każę.
Tego już było starej Majchrzakowej za dużo i postanowiła się bezzwłocznie obudzić.
Opowieść Wigilijna
Grudzień 24, 2009
Dowódca straży Ezechiel (syn Ezechiela, poborcy) miał wszystkiego serdecznie dosyć. Wszystkiego. Dzień targowy zakończył się tumultem wywołanym jak zwykle przez poganiaczy osłów, którzy opiwszy się winem palmowym rozpoczęli zaczepiać przechodzące niewiasty. Skończyło się przewracaniem straganów i ogólnym mordobiciem. Po zapadnięciu zmroku straż była wzywana jeszcze wielokrotnie, po raz ostatni przez Izjasza, właściciela zajazdu, w którego stajni zagnieździło się dwoje włóczęgów. Kobieta była w zaawansowanej ciąży, mężczyzna, najwidoczniej wędrowny rzemięślnik, obszarpany i brudny, stawiał początkowo opór, dał się jednak przekonać, że poród w stajni nie jest dobrym pomysłem. Skończyło się na tym, że dziecię przyszło na świat w Ezechielowej kuchni, Rebeka pomogła i wyczerpana matka odpoczywała teraz wraz z potomkiem w przyległej sypialni.
Ezechiel zastanawiał się, gdzie wobec takiego rozwoju wypadków spędzą z żoną nadchodzącą noc. Rozmyślania przerwało łomotanie do drzwi. W progu stał znów wzburzony Izjasz. W obręb zabudowań wtargnęła gromada pastuchów, nie potrafili wyjaśnić w jakim celu, bredząc coś o jakimś stworzeniu ze skrzydłami, które poleciło im udać się do izjaszowej stajni i nie ma gadania. Czego to ludzie nie wymyślą. Ezechiel obiecał Izjaszowi interwencję licząc w cichości ducha, że sprawa rozejdzie się – jak zazwyczaj – po kościach. Wpierw musiał się zająć trzema najwidoczniej zbłąkanymi cudzoziemcami, nikt nie mógł zrozumieć o co im chodzi, wykrzykiwali niezrozumiałe słowa w równie niepojętym narzeczu wskazując na przemian na przystroczone do siodeł wielbłądów sakwy i na niebo.
Od czasu pojawienia się tej komety, pomyślał Ezechiel, ludzie zachowują się co najmniej dziwnie. Dzień jak co dzień, niby nic się nie zdarzyło, a człowiek namorduje się jak koń pod górkę. W mroku otaczającym przedmieścia rozbrzmiewało wycie bezpańskich psów. Tej nocy Betlejem długo jeszcze nie mogło zasnąć.
—
Są święta, ludzie składają sobie życzenia. To dobry zwyczaj. A zatem: wszystkiego ludzkiego. Wszystkim. Tobie też.
Sobie życzę, aby pełni świątecznego uniesienia bliźni dobrze życzyli sobie i innym również w pozostałe dni roku. Może to i trudne, ale czy niemożliwe?
Początek ostatniego rozdziału
Grudzień 17, 2009
Kiedy Cukerbrot dowiedział się, że żona Kacenbacha urodziła trojaczki, ubrał swój najlepszy garnitur na prawie czysty podkoszulek i pożyczony od brata einsteckkragen. Wybór garnituru nie był trudny ponieważ miał tylko jeden. Szczerze powiedziawszy, poza wzmiankowanym garniturem nie posiadał chwilowo innego okrycia, chyba żeby liczyć jesionkę zastawioną w lombardzie na Zarzeczu. Następnie, za uzyskane pod zastaw zegarka pieniądze, nabył w okolicach Zaułka Rzeźniczego bukiet czerwonych róż i podążył energicznym krokiem w stronę Nowego Rynku gdzie pod trzynastką mieściła się kancelaria Kacenbacha. Był dobrej myśli.
Kacenbacha w kancelarii nie było. Spotkany na wiodących do wejścia budynku schodach ślepiec próbował mu bezskutecznie sprzedać los na loterię, Niebo zaciągnęło się, najwidoczniej zbierało się znów na deszcz. Cukerbrot rzucił okiem na przegub, na którym jeszcze przed godziną znajdował się zegarek, odczytanie godziny z przegubu przerastało jednak jego możliwości. Stojąc na środku trotuaru narażał się na potrącenia licznych o tej porze dnia przechodniów. Rozejrzał się bezradnie. Ulicą powoli szły dwie zakonnice. Lufa schowanego w kieszeni spodni rewolweru uciskała go dotkliwie w pachwinę.
A mad tea party revisited
Grudzień 14, 2009
- Bo oni wszyscy tacy – powiedział Marcowy Zając – chodzi im tylko o jedno!
- Niewykluczone – powiedział Szalony Kapelusznik – że chodzi im głównie o herbatę. Lub herbatniki.
Na odgłos słowa „herbatniki” Suseł obudził się i zaczął przyglądać się Alicji z uwagą graniczącą z natarczywością.
- Czy ktoś – ziewnął – czy ktoś mówił coś o melasie?
- Jedno tylko mają w głowie – dorzucił Marcowy Zając – i nie jest to melasa.
- Acha – mruknął rozczarowany Suseł. I zasnął.
Przez chwilę panowało milczenie. Ciszę przerywało jedynie wymowne siorbanie Szalonego Kapelusznika. I szelest tkaniny. Alicja poczuła nagle dłoń smutnego sąsiada w oklicy gdzie kończyła się podwiązka, a zaczynał brak podwiązki.
- O jedno im chodzi – powtórzył ponuro Marcowy Zając
- Jest taka zagadka – przerwał Szalony Kapelusznik – chodzi w niej o…
-Melasę!!? – ożywił się suseł
- Nie – odparł Kapelusznik – nie o melasę. I o to, co ma na myśli Marcowy Zając, również nie.
- Czy mógłby Pan zdjąć rękę z mojego kolana – zapytała Alicja – łaskocze mnie pan!
- To nie jest kolano – zauważył smutny sąsiad.
- A ten Dodgson to znów… – zaczął Marcowy Zając, ale pod wpływem spojrzenia Kapelusznika natychmiast zamilkł.
Alicja miała dziwne wrażenie, że powinna jeszcze coś powiedzieć, ale nie bardzo wiedziała co. Dłoń smutnego sąsiada powoli wędrowała w rejony nie związane z podwieczorkiem. Wbrew pozorom nie było to przyjemne.
Grypa. Zaufajmy fachowcom.
Grudzień 11, 2009
Gdy tylko na horyzoncie zaczyna się majaczyć mniej lub bardziej odległe widmo epidemii, albo co gorsza pandemii, wybija godzina wizjonerów, fałszywych proroków i wszelkiej maści szarlatanów. Pojawiają się domorośli znawcy epidemiologii walczący o lepsze z samorodnymi talentami medycznymi. Siewcy strachu usiłują przekrzyczeć znawców pewnych metod leczenia opartych na najdzikszych spekulacjach zakorzenionych w zasłyszanych, aczkolwiek niekoniecznie zrozumianych mądrościach – swoboda interpretacji jest przy tym raczej regułą niż wyjątkiem. Ilość tych którzy wiedzą (lub sądzą że wiedzą), przewyższa ilość tych, którzy tylko przypuszczają. Jedych i drugich cechuje skłonność do sądów kategorycznych, nadmiernej pewności siebie i niezłomnego przekonania o słuszności własnych poglądów, przekonania wynikającego przeważnie z twórczej interpretacji wiadomości pochodzących z drugiej lub trzeciej ręki.
Racjonalne myślenie oparte na wiedzy fachowej znajduje mniej zwolenników niż najdziksze spekulacje ćwierćfachowców i brylujących autodydaktycznie zdobytą wiedzą doradców-samozwańców. Trudno, doprawdy trudno dociec źródeł tego masowego fenomenu.
Kropotkin nie może powstrzymać się od zdziwienia. Przecież wystarczyłoby zaufać fachowcom, ludziom z wieloletnim doświadczeniem i zdobytą mozolnie wiedzą medyczną. I kierować się ich zaleceniami ufając, że wiedzą co czynią, że udzielane przez nich wskazówki oparte są na solidnym, ba naukowym, fundamencie. Gromadzona pracowicie przez dwa i pół tysiąca lat wiedza medyczna zasługuje przecież na większe zaufanie. Nieprawdaż?
Kropotkin nic z tego wszystkiego nie rozumie. Nic. Obecna sytuacja nie jest wszakże całkiem nowa. Gdy w 1918 roku wybuchła epidemia Hiszpanki było podobnie. Na szczęście w porę zwrócono się po wskazówki i porady również do fachowców. I ci potrafili się wypowiedzieć w sposób logiczny, trzeźwy, a mimo to zrozumiały. Wystarczyło tylko grzecznie poprosić i można było otrzymać sensowną poradę. Na przykład niejakiego Dr. med. R.C. Clarcka na łamach „The News of the World“:
“Wash inside of nose with soap and water each night and morning. Force yourself to sneeze night and morning, then breathe deeply. Do not wear a muffler. Take sharp walks regularly and walk home from work. Eat plenty of porridge.”
Flu prevention suggestions of R.C. Clarck MD published in The News of the World from November 3, 1918 …Krzyże. Przyczynek do aktualnej debaty.
Grudzień 2, 2009
Osoby traktujące Katechizm i książeczkę do nabożeństwa jako nie podlegające jakiejkolwiek dyskusji źródła niepodważalnej prawdy historycznej proszone są o nie czytanie tego tekstu. Pozostałych pasażerów prosimy o zajęcie miejsc i zapięcie pasów. Będzie strasznie.
Urwanie głowy z tymi krucyfiksami. Wszystkiemu jest winien Poncjusz P.. Wszystkiemu. Ale po kolei. .
Jeszua, zwany potem powszechnie Chrystusem (Χριστός) według większości historyków urodzony na 4 do 8 lat przed własnymi narodzinami, a zmarły śmiercią męczeńską pomiędzy 30 a 33 rokiem naszej ery, jest postacią, której istnienie jest bezsporne. Nie wiemy wprawdzie ani kiedy dokładnie żył, ani też kiedy umarł, gdyby Józef Flawiusz nie wspomniał w Testimonium Flavianum jego imienia nie wiedzielibyśmy nawet czy z całą pewnością istniał (do jakiego stopnia polegać można na późniejszej wzmiance Tacyta lub powstałych ćwierć tysiąclecia później spekulacjach Euzebiusza z Cezarei raczej trudno obecnie ocenić). Nieważne. Ważne jest zakorzenione w nas wszystkich przeświadczenie, że Joszua zginął na krzyżu i że dokładnie wiemy jak ten krzyż wyglądał. Wiemy? Otóż wiemy mało. Chyba nam się tylko wydaje że wiemy.
Załóżmy jednak dla wygody, że dajemy wiarę Ewangelii (którą trudno uznać za niepodważalne źródło historyczne, ale co tam) i że było rzeczywiście tak jak napisane jest w Piśmie. Dla przypomnienia: Sanhedryn domagał się wprawdzie wyroku śmierci, jego wydanie, jak również wybór sposobu wykonania pozostawało w gestii rzymskiego Prefekta, w tym przypadku – Poncjusza P. I tutaj robi się dziwnie i zupełnie niezrozumiale. Bluźnierstwo – a przypomnijmy, o nie właśnie oskarżony był Chrystus – było bowiem na terenie Judei zwyczajowo karane ukamieniowaniem. Przybijanie do krzyża zarezerwowane było dla buntowników, szczególnie zbuntowanych niewolników, rabusiów ze szczególnym uwzględnieniem piratów i pospolitych morderców.
Rozmaite dygresje
Nie każdego wolno było w obrębie Imperium ukrzyżować. Nie wolno było na przykład przybić do krzyża obywatela rzymskiego, Cycero wypowiedział się w tej kwestii jednoznacznie:
“Nomen ipsum crucis absit non modo a corpore civium Romanorum, sed etiam a cogitatione, oculis, auribus.”
W przypadku popełnienia wyżej wzmiankowanych uczynków, obywatel miał święte i niezbywalne prawo być ściętym. Ale mniejsza o to. Wróćmy do krzyży. Krzyże, wbrew powszechnemu przekonaniu przeważnie nie były krzyżami. Przeważnie były to słupy. Poprzeczki, czasem jedna, czasem dwie, były raczej rzadkością. Co do tego kto wymyślił przybijanie ludzi do drewna nie ma zgody. O palmę pierwszeństwa walczą Fenicjanie z Asyryjczykami i Persami. Grecy nauczyli się od Persów i z upodobaniem stosowali ten rodzaj kary w stosunku do oskarżonych o kradzież. Psychopata o imieniu Aleksander (nazwany z niezrozumiałych powodów przez potomnych wielkim), zerwał z tą tradycją i stosował sankcję według upodobania i raczej na oślep. Na przykład po zdobyciu Tyru nakazał ukrzyżowanie wszystkich męskich mieszkańców miasta, wszystkich, jak leci. Kobietom się upiekło. Po zwyczajowym zgwałceniu zostały sprzedane jak bydło w niewolę. Rzymianie nauczyli się od Greków i stosowali ten rodzaj kary ze szczególnym upodobaniem w stosunku do pojmanych zbiegłych niewolników, wychodząc z najprawdopodobniej słusznego założenia, że efekt będzie raczej (dla jeszcze nie zbiegłych) odstraszający.
Koniec dygresji.
Powróćmy zatem do Chrystusa i wydającego wyrok Poncjusza P. Jego wybór dotyczący narzędzia kaźni pozostaje wprawdzie niezrozumiały, ale z drugiej strony nie całkiem nieprawdopodobny. Poncjusz P. lubił krzyżować. Lubił do tego stopnia, że czasem nakazywał przybijanie do krzyży dużych grup ludności bez specjalnej troski o przeprowadzenie procesu. Upodobanie to przyczyniło się w końcu do jego zguby. W 36 roku naszej ery nakazuje zupełnie bezsensowne ukrzyżowanie dużej grupy pielgrzymów z Samary i tego jest już za dużo nawet jego zwierzchnikom. Legat Syrii, Lucjusz Witeliusz, odwołuje go ze skutkiem natychmiastowym z zajmowanego stanowiska i nakazuje stawienie się przed Tyberiuszem w celu wiadomym. Zanim Poncjusz P. dotrze do Rzymu, Tyberiusz umrze i miłośnikowi masowych ukrzyżowań upiecze się, ale nie na długo. Kaligula zadba o to aby mu się nie nudziło, ale to już zupełnie inna historia.
Znosi nas. Wróćmy zatem ponownie do interesującego nas ukrzyżowania. Autor (lub autorzy) Ewangelii Jana w ponad 40 miejscach wymieniają narzędzie kaźni nazwając je stauros (σταυρός), sam zaś akt nazywają anastauroo. Stauros to nie krzyż. To raczej chyba na pewno słup, a Anastauroo to powieszenie delikwenta na słupie. Pomylenie słupa z krzyżem jest trudne. Jeśli zatem pozostaniemy w zgodzie z Ewangelią, obecna kontrowersja dotycząca wieszania symboli religijnych w instytucjach publicznych nabiera nowego posmaku. Jeśli jednak założymy, że Mesjasz przybity został na rozkaz Prefekta do krzyża, to sytuacja robi się jeszcze dziwniejsza. Najpopularniejszym w owych czasach rodzajem krzyża nie była bowiem konstrukcja znana nam z nowożytnej ikonografii. Popularne, ba powszechne, było urządzenie zwane crux decussata. Były to dwie belki skrzyżowane na kształt litery X. Ta forma krzyża przetrwała do dziś nie tylko w heraldyce i weksykologii, możemy ją podziwiać również przed niestrzeżonymi przejazdami kolejowymi. Nieporozumieniem jest jednak przeświadczenie, że ten rodzaj narzędzia kaźni wymyślono specjalnie dla św. Andrzeja Apostoła. Prawdą jest, że w przypadku krzyżowania było to powszechnie stosowane narzędzie.
Zwolennicy wieszania symboli religijnych w szkołach, sądach i komisariatach mają zatem do wyboru pomiędzy pozostaniem w zgodzie z Ewangelią i zabieganiem o wieszanie symbolicznego słupa, lub zbliżeniem się do prawdy historycznej i wieszaniem krzyża w postaci litery X. Tu jednak pojawia się następna trudność natury, powiedzmy sobie otwarcie, estetycznej. Po przybiciu ofiary do crux decussata, urządzenie stawiano w taki sposób, aby skazaniec wisiał do góry nogami.