A w Odessie

Kwiecień 11, 2014

Na naszej ulicy największym łobuziakiem był Wowa P. Wpierw zagwarantował Wadimowi Wadimowiczowi bezpieczeństwo zdrowia i mienia, a potem, wstyd przyznać, ukradł mu zegarek. Poproszony o zajęcie wyraźnego stanowiska w sprawie ukradzionego ostatnio Wadimowi Wadimowiczowi zegarka, Wowa jasne stanowisko zajął. Bez ociągania. Wyjaśnił, że co prawda gwarantował, ale było to dawno i nie ma pewności, czy dzisiejszy Wadim Wadimowicz jest identyczny z ówczesnym, przez niego zagwarantowanym. On, Wowa, ma pewne poważne wątpliwości, bo przecież widać jak na dłoni, że obecny Wadim Wadimowicz jest jakby starszy. Co do zegarka, to Wowa zegarek znalazł, a poza tym ładnie wygląda na przegubie Wowy, o wiele ładniej niż na przegubie Wadima Wadimowicza. Naturalniej. Nie ma wątpliwości, że zegarek woli być własnością Wowy, świadczą o tym wyraźnie wyniki referendum, w którym wzięli udział Wowa i zegarek.

Ponieważ jednak on, Wowa, nie jest człowiekiem kłótliwym to proponuje ponowienie danych onegdaj gwarancji. W zamian za oddanie krawata Wowa może zagwarantować, że pozostawi Wadimowi Wadimowiczowi buty.

Cywilizowany świat odetchnął z ulgą.

Licyjczycy

Wrzesień 7, 2013

Zwyczaje mieszkańców Licji  nie znajdowały wśród Greków ani akceptacji, ani też zrozumienia.

Herodot pisał: „Ich obyczaje odmienne są od zwyczajów innych ludów i obrzydliwe. Miast nazwiska ojca przyjmują nazwisko matki. Kiedy pani szlachetnego rodu będzie brzemienna z niewolnikiem, to potomstwo będzie nie tylko wolne, lecz również obdarzone ogólnym uznaniem.  Gdy jednak mężczyzna, nawet powszechnie poważany i piastujący ważne urzędy, zwiąże się z cudzoziemką, to dzieci z tego związku pozbawione będą statusu, czci i poważania.”

W przeciwieństwie do heteronormatywności (która przez następne dwa i pół tysiąca lat – przynajmniej w percepcji ogółu –  nie utraciła swej pełnej zadowolenia oczywistości) wynikające z niej normy społeczne uległy trudnej do pojęcia petryfikacji.

Ale może tylko tak się wydaje z miejsca gdzie wczoraj staliśmy?

Jam jest Pan, Bóg twój, którym cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli. Polub mnie na facebooku.

——

inspired by

Tyle dobrych, darmowych rzeczy dookoła. A szczególnie w sieci. Pomyślał sobie Kropotkin.

Te takie. Blip. Tłiter. Fejsbuk. Gugiel. Z wszystkim przyrostkami i przybudówkami. No przecież. Ale z drugiej strony od niewiadomokiedy  słychać było wołanie na puszczy, które się ostatnio jakby nasiliło. Więc jak to tak? Można interpretować różnorako, ale na wszelki wypadek to chyba  lepiej jednak się wystrzegać nieuzasadnionego optymizmu. Tak trzymać.

Kropotkin, wiedziony najgorszymi przeczuciami, położył się do łóżka. Przed zaśnięciem postanowił sobie, dla pokrzepienia morale, poczytać dokładniej tego Zittraina. Nie wytrwał jednak długo. Zapadł w głęboki sen. Z którego obudził się zapakowany w ładny papier i obwinięty fikuśną wstążeczką. 

———-

Ponieważ w dyskusji pojawił się beztrosko rozpowszechniany pogląd, że nie ma możliwości skutecznego i indywidualnego dopasowywania tego co widzimy w internecie do tego co według dostarczycieli innformacji powinniśmy zobaczyć (lub co najzwyczajniej innym się opłaca, abyśmy zobaczyli) to zestawiłem mały wybór dotyczący gugla.

Do obejrzenia:

http://vimeo.com/51181384#

Do poczytania:

http://dontbubble.us (również częściowo po polsku)

http://idealab.talkingpointsmemo.com/2012/10/impersonal-google-search-results-are-few-and-far-between-duckduckgo-finds.php?ref=fpnewsfeed

http://searchengineland.com/flavors-of-google-personalized-search-139286

http://www.searchenginejournal.com/the-google-filter-bubble-and-its-problems/29879/

http://pandodaily.com/2012/01/23/googles-real-problem/

http://online.wsj.com/article/SB10001424052748704901104575423294099527212.html#

——————

Do obejrzenia:

http://vimeo.com/51181384#

Znaczenie każdej informacji powinno i musi być traktowane jako kontekstualne.

Alogiczność jest integralnym składnikiem tego, co przyjeliśmy nazywać zdrowym rozsądkiem. Konsument, rozumiany jako wielkość statystyczna, jest w swym zachowaniu i sposobie podejmowania decyzji przewidywalny. Szczególnie, gdy jest głęboko przekonany, że jego to nie dotyczy.

Nad drzwiami do piekła umieszczony jest widoczny z daleka napis: wstęp bezpłatny.  

非樂上
是故子墨子曰:「今天下士君子,請將欲求興天下之利,除天下之害,當在樂之為物,將不可不禁而止也。」

Mohizm, piękny w swych założeniach jak pierwotny komunizm, powinien jednak być stanowczo zakazany.

Z okazji nowego roku

Grudzień 31, 2011

Detroit, 28. grudzień 1951

Mr. Solomon Lefschetz Ph D
Department of Mathematics
Fine Hall, Washington Road
Princeton NJ 08544-1000 USA

Drogi Panie,

dziękuję za otrzymane życzenia świąteczne i załączony upominek. I chociaż topologia algebraiczna nie stoi – jak na razie – w centrum moich zainteresowań, to mimo to przesłany przez Pana pamiątkowy album z fotografiami z dorocznego zjazdu Towarzystwa sprawił mi dużo radości. Z okazji nadchodzącego nowego roku 1952 życzę Panu dużo powodzenia we wszystkich zamierzeniach i pozwalam sobie również sprawić Panu mały prezent. Ufam, że zrobione przez moją żonę na drutach rękawiczki będą Panu długo służyć.

Moc pozdrowień.

Pański Abraham Nemeth

Nie chcę by.

Grudzień 29, 2011

 
Chesterfield described dirt as matter out of place. Distracting is, similarly, desirable at the wrong time. And technology is continually being refined to produce more and more desirable things. Which means that as we learn to avoid one class of distractions, new ones constantly appear, like drug-resistant bacteria.

Paul Graham. Disconnecting distraction

Nie chcę, by okradano mnie z mojego życia.

Jan Zych. Kantata

Od wielu lat z całego Combray wszystko, co nie było sceną i dramatem mego układania się do snu, nie istniało już dla mnie, kiedy pewnego zimowego dnia, skoro wróciłem do domu, matka widząc, że jest mi zimno, namówiła mnie, abym się napił wbrew zwyczajowi trochę herbaty. Odmówiłem zrazu; potem, nie wiem czemu, namyśliłem się. Posłała po owe kruche i pulchne ciasteczka zwane magdalenkami, które wyglądają, jak odlane w prążkowanej skorupie muszli. I niebawem, przytłoczony ponurym dniem i widokami smutnego jutra, machinalnie podniosłem do ust łyżeczkę herbaty, w której rozmoczyłem kawałek magdalenki. Ale w tej samej chwili, kiedy łyk pomieszany z okruchami ciasta dotknął mego podniebienia, zadrżałem czując, że się we mnie czuje coś niezwykłego. Owładnęła mną rozkoszna słodycz, odosobniona, nieumotywowana. Sprawiła, że w jednej chwili koleje życia stały mi się obojętne, klęski jego błahe, krótkość złudna; działała w ten sam sposób, w jaki działa miłość, wypełniając mnie kosztowną esencją; lub raczej ta esencja nie była we mnie, była mną. Przestałem czuć się miernym, przypadkowym, śmiertelnym. Skąd mogła mi spłynąć ta potężna radość? Czułem, że jest złączona ze smakiem herbaty i ciasta, ale że go przekracza nieskończenie, że nie musi być tej samej natury. Skąd pochodzi? Co znaczy? Gdzie ją chwytać? Piję drugi łyk, w którym nie znajduję nic więcej niż w pierwszym; trzeci, który przynosi mi nieco mniej niż drugi. Jasne jest, że prawda, której szukam nie jest w nim, ale we mnie. Napój obudził ją we mnie, lecz jej nie zna i może jedynie powtarzać bez końca, ale z coraz mniejszą siłą, to samo świadectwo, którego nie umiem sobie wyłożyć i którego chcę bodaj móc żądać od niego i odnajdywać je nietknięte, wedle swojej ochoty, natychmiast, dla ostatecznego wyjaśnienia. Stawiam filiżankę i zwracam się do swojej inteligencji. Do niej należy odkryć prawdę. Ale jak?
Wiedziony ciekawością usiadłem przed monitorem i wpisałem w zachęcające swą pustką pole wyszukiwarki słowo „herbata“. Wyszukiwarka zasugerowała, że odpowiedź może się ukrywać pośród dwunastu milionów możliwych wyników. Na czele widniały hasło wikipedii i anons sklepu próbującego mi zaoferować herbatę po cenie arbitralnie uznanej przez oferenta za atrakcyjną. A może „magdalenka“? Dwieścieosiemnaście tysięcy wyników. Na samej górze znów wikipedia z odpowiednim hasłem, tuż za nim informator internetowy rady sołeckiej. Nie, nie ustąpię tak łatwo. Próbuję kombinacji „herbata + magdalenka“. Dziewięćset tysięcy wyników. Na początku triumfalny komunikat popularnego portalu: „Znaleziono herbata w Magdalenka. Zobacz firmy na mapie i zdjęciach satelitarnych. Obejrzyj galerię zdjęć, filmy. Sprawdź telefon i zadzwoń!“ Wieńczący zdanie wykrzyknik nie przekonał mnie zupełnie. Ale też ostatecznie nie zniechęcił. Mogę sprawdzić najnowsze wiadomości serwisu informacyjnego. Mogę, a zatem sprawdzam. Są nieistotne i jutro zostaną zastąpione przez inne nieistotne wiadomości wymyślone przez ich producentów. Zniecierpliwiony postanowiłem sprawdzić maile. Nic ważnego. Dostrzegłem łatwy i wygodny sposób przeskoczenia do prognozy pogody. Jutro będzie taka sama jak dziś. Pojutrze trochę inna, ale pojutrze już zapewne nie będę pamiętał jaka miała być. Znów wiadomości. Nadal nic ważnego się nie wydarzyło. I jeszcze tylko maile. Nadal nikt nie napisał.

Powoli nadciągało nieuniknione znużenie. Czego szukałem? Co odnalazłem?

Herbata wystygła. Znów poczułem się miernym, przypadkowym, śmiertelnym.

Tekst niebieski: tłumaczenie Tadeusza Boya-Żeleńskiego.

Esej (bardzo krótki) Paula Grahama – tu.

Wigilijny symbol komunistyczny

Grudzień 22, 2011

W związku z wywodzącymi się z określonych kręgów postulatami legislacyjnymi, których celem jest zwalczanie i ostateczne usunięcie z przestrzeni publicznej symboli, dzieci nie słuchajcie, komunistycznych, wychodzimy naprzeciw społecznemu zapotrzebowaniu i wskazujemy usłużnie palcem gdzie i od czego można, a nawet niewykluczone, że należy, zacząć. Sztuka bezinteresownej denuncjacji jest kunsztem trudnym i wymagającym ciągłego doskonalenia. Inaczej można wyjść z wprawy.

Błędne przeświadczenie, że karp wigilijny to niezbywalna część rodzimej, staropolskiej tradycji jest nader rozpowszechnione. Wigilia bez karpia jest dla ogółu rodaków niewyobrażalna. Odpowiedzialny za taki stan rzeczy jest syn niejakiego Oskara Minca i Stefanii de domo Fajersztajn, urodzony dawno temu, a zmarły w 1974 roku Hilary. Również Minc, a poza tym minister gospodarki w pierwszym rządzie Cyrankiewicza Józefa, desygnowany tamże z ramienia partii komunistycznej, nazywanej wówczas żartobliwie Polską i Robotniczą.

Hilary Minc, mimo rozlicznych, późniejszych prób przedstawiania go jako tępego aparatczyka był chyba jednak postacią ciekawą i pełną sprzeczności. Zagorzały komunista, ale z drugiej strony z francuskim, przedwojennym doktoratem z ekonomii. Zrobiony majorem w Dywizji Kościuszkowskiej, zdegradowany za posiadanie własnego zdania do stopnia szeregowca, znów dosługuje się stopnia majora. Współtwórca niesławnego Związku Patriotów Polskich i współautor Manifestu PKWN, ale trzymający się przez cały czas twardo i konsekwentnie tego, na czym się jako tako, przynajmniej nominalnie, znał: gospodarki. Twórca – jeden z ważniejszych – PZPR, partii, z której go później wyrzucono. Zadziwiająca postać. Czupurna. I z pomysłami.

Jednym z takich pomysłów Minca był Karp. Bezpośrednio po wojnie sytuacja zaopatrzenia ludu pracującego miast i wsi w ryby była, łagodnie mówiąc, niezadowalająca, a mówiąc dosadnie – katastrofalna. Katastrofa polegała na tym, że ryb nie było. To znaczy może były, ale na pewno nie tam gdzie trzeba, czyli w sklepach. Flotę rybacką okupant zniszczył, większość stawów rybnych pozostała za Bugiem i nie dała się, w przeciwieństwie do ludności, repatriować. Jest rok 1948 i na arenę dziejów wkracza Minister Hilary Minc z atrakcyjnym hasłem „karp na każdym polskim wigilijnym stole“. Plan jest, czegóż innego można się po komuniście spodziewać, przewrotny. Kopanie i zarybianie stawów odpowiadało duchowi epoki i władzy miłującej się w zrywach, czynach  i akcjach. Tworzenie Państwowych Gospodarstw Rybnych mieściło się w stylistyce uchodzącej za postępową kolektywizacji. Ponieważ ciągłe zaopatrzenie było poza zasięgiem możliwości, wypunktowana została w sposób kokieteryjny wigilijność karpia. „Rzucanego” w stanie żywym i nieprzerobionym na rynek i rozprowadzanego przez zakłady pracy. I tu jesteśmy świadkami narodzin przedziwnego, niespotykanego poza Polską masowego rytuału: męczenia pochodzącej z Chin ryby, która masowo (przed świętami) odławiana i transportowana w niekarpich warunkach, nabywana zostaje przez ludność gdy i kiedy się uda. A następnie niesiona do domu, najlepiej  w duszącej ją plastikowej torbie. Po przybyciu na miejsce zwierzę umieszczane zostaje w wannie, w której oczekuje na egzekucję. W wigilię (lub ewentualnie w przeddzień) pan domu wkracza do łazienki uzbrojony w tasak, szmatę i młotek i zamienia się na chwilę w oprawcę dzikiej zwierzyny. Płynie krew. Proszę mi wierzyć, karpie są może wszędzie, ale powyżej opisane rytuały są powszechne jedynie w Polsce. A wszystko przez tego Minca i bezgraniczną ludzką łatwowierność. No i może powojenną biedę.

Nie sposób twierdzić, że przed Mincem karpia w Polsce nie było. Był. Już Cystersi trzymali go w XIII wieku w przyklasztornych stawach. Pojawiał się też od czasu do czasu na pańskim stole, tyle że nie hodowlany, ale rzeczny karp dziki. Do Polski karp przylazł kulinarnie z południa, z Czech, pojawiając się w XIX wieku na mieszczańskich, galicyjskich stołach. Wpłynął też w tym samym czasie od strony Śląska. Nie rozpowszechnił się jednak specjalnie, a o tym, aby traktować go jako zbiorowy wigilijny obowiązek nie mogło nawet być mowy. I owszem, była na wigilię ryba, przeważnie śledzie. Czasem też, w zamożniejszym domu, sandacz lub szczupak. Sporadycznie, w południowej, rzadziej jeszcze w centralnej Polsce karp. Masowość i obligatoryjność karpia zainicjował dopiero ojciec gospodarki planowej i scentralizowanej – Hilary Minc. Polski Żyd i komunista przekonał prawdziwych Polaków, że wigilijne spożywanie jakże popularnej w żydowskiej tradycyjnej kuchni ryby jest najlepszym sposobem obchodzenia urodzin innego Żyda, co do którego też można mieć wątpliwości, czy był zadeklarowanym zwolennikiem wolnego rynku. Wystarczy tylko wspomnieć te wszystkie podejrzane pomysły z wypędzaniem przekupniów ze świątyni, potępianiem lichwy i pochwałą dzielenia dóbr doczesnych z bliźnim połączone z konsekwentnym niedostrzeganiem w nim tego, czym naprawdę jest, czyli konsumenta. W tym kontekście używany tak często i lekkomyślnie termin „żydokomuna“ nabiera ciekawych właściwości. A może nawet i jednoznacznego posmaku.

Jeśli powstanie komisja d.s. usuwania z przestrzeni publicznej symboli komunistycznych to powinna się koniecznie zająć w pierwszym rzędzie z pozoru wigilijnym, a w gruncie rzeczy komunistycznym, karpiem. Wesołych świąt.

Kryzys

Listopad 16, 2011

Głos w słuchawce był z jednej strony uprzejmy, z drugiej jednak, trochę jakby nieprzyjemny.
– Pan mi jest winien pieniądze – powiedział głos.
– Ach, kanonik Vaubain, jakże się cieszę – skłamał Myszkin. I dodał:
– Pamiętam, naturalnie, że pamiętam.
Kanonik Vaubain przypomniał Myszkinowi coś, o czym Myszkin co prawda wiedział, ale o czym jednocześnie wcale nie chciał pamiętać. W zaistniałej sytuacji najgłupsze było jednak to, że kanonik świetnie wiedział, że Myszkin nie chce pamiętać, a Myszkin wiedział, że kanonik wie.
Dalsza rozmowa nie potoczyła się wartko. I nie dotyczyła wynalazku Plauta.

Ojczyzna to Ziemia i Zmarli

Listopad 10, 2011

Ojczyzna to Ziemia i Zmarli.
Maurice Barrès; Scènes et doctrines du nationalisme.
 
Zakładając, że słowo może być źródłem twórczej energii (założenie, które jednak czasem budzi zrozumiałe wątpliwości), można powiedzieć, że słowa Barrèsa są w stanie zaspokoić jedynie najbardziej wulgarne apetyty. Wezwany do wyjaśnienia niektórych ze swych najbardziej znanych maksym, Maurice Barres nie jest w stanie dostarczyć żadnego poważnego argumentu na ich poparcie. (…) Nie, Barrès nie jest żałosnym idiotą, Barrès jest idiotą niebezpiecznym.
André Breton; L’Affaire Barrès (Littérature, sierpień 1921, nr. 20)

1.

Stojąc na rozdrożu, wybieramy (instynktownie i bez wahania) ścieżkę, którą swego czasu powędrował Breton z kolegami. Gdy formułował swój akt oskarżenia (pamfletowi nadana została forma sprawozdania z procesu pokazowego wytoczonego Barrèsowi w imię uczciwości, człowieczeństwa i zdrowego rozsądku), ostatnie z ofiar epidemii wieńczących Wojnę Światową dogorywały lub wrzucane były do masowych grobów z wapnem. Siedemnaście milionów mogił uczestników wielkiej rzezi nie zdążyło się pokryć gęstą trawą. Na ulicach europejskich stolic żebrali beznodzy inwalidzi wojenni, było ich więcej, o wiele więcej, niż skłonnych do obdarzenia ich datkami. Wojna Światowa nie posiadała jeszcze liczebnika porządkowego i wydawała się unikalnym i niepowtarzalnym nieporozumieniem, powtórka była, wobec panujących powszechnie nastrojów, niewyobrażalna. Barrès, uginający się pod ciężarem lat i wawrzynów, nie bronił się zbyt energicznie. Klimat był ku temu niesprzyjający. Na pożółkłych fotografiach ma wygląd zmęczonego starca, a przecież nie ukończył jeszcze 59 roku życia. Osiągnął wszystko, co można było wówczas jako „poeta i myśliciel narodowy“ osiągnąć. Dwa lata później umrze. Mimo że zarówno Malraux jak i Aragon (których przecież nie sposób podejrzewać o ideologiczne pokrewieństwo) wielokrotnie jeszcze zaświadczą, że to „na nim“ uczyli się pisać, wiatr zawieje miałkim piaskiem zapomnienia płytę nagrobną ufundowaną w zbiorowej pamięci; nie pozostanie nic, nawet początkowo ogromiaste hasło w encyklopedii skurczy się do kilku linijek.

2.

Ojczyzna to Ziemia i Zmarli. Fałsz i tani patos są dziś w ojczyźnie Barrèsa (przeważnie) wyczuwalne z oddali i (również przeważnie) bez trudu identyfikowane jako zgniły trupi odór wydobywający się spod powierzchni frazesu. Podobnie zresztą w Niemczech. Po „Blut und Boden“ nie pozostało nic, jeśli nie liczyć samizdatów autorstwa bezrobotnych skinheadów z Dupiejewa. I chociaż zarówno Barrès z kolegami, jak i niemieccy piewcy nacjonalizmu planowali odwieczne rzucanie się sobie do gardła jako konieczność dziejową, to jakoś nic z tej odwieczności nie wyszło. Zupełnie nic. Ludzie otrzeźwieli z amoku i przestali być narodami przez duże G z wbudowanym  imperatywem walki, czyli rzucania się do tętnicy szyjnej sąsiada.

3.

Podejrzenie, że w dzisiejszej Polsce sytuacja przedstawia się niestety zupełnie odmiennie, zamienia się w pewność, gdy zbliża się 11 listopada, Święto Wielkiej Redukcji mające być – w zamierzeniu co poniektórych –  zwycięstwem Barrèsa i jemu podobnych zza grobu. Z graniczącym z pewnością prawdopodobieństwem można założyć, że barresowski frazes nie spotkałby się z protestem (jakże chętnie) maszerujących uczestników, ani stojących przy krawężniku przypadkowych świadków. Nie tylko nie dostrzegli by w nim niczego niestosownego, lecz najprawdopodobniej uważali by powyższe słowa za własne. Nasze, polskie. Patriotyczne. Potrzebne. Godne powtarzania i podziwu. Przy okazji i zupełnie bez związku pragniemy przypomnieć, że marsze nacjonalistów miały w popierwszowojennej Europie koniunkturę. W jednym z bardziej znanych, Marszu na Rzym, wzięło udział 30 000 uczestników. Chodziło o miłość do ojczyzny, danie oporu lewactwu, zrobienie porządku i takie podobne sprawy. Wystarczyło 30 000 cudacznie poprzebieranych w fantazyjne mundurki miłośników maszerowania, aby, przy bierności ogółu, sprowadzić na spory europejski kraj i jego mieszkańców niewyobrażalne nieszczęście. To niepojęte, że kilkadziesiąt lat po tych wydarzeniach, znów pojawiają  się (lub wierzą, że trzeba się pojawić)  zwolennicy wyrażania uczuć do ojczyzny krokiem marszowym.  Co rozumieją pod pojęciem ojczyzny, wydaje się przy tym, na pierwszy rzut oka,  drugorzędne

4.

Gdy przyjrzymy się uważniej, okazuje się, że dostrzeżona powyżej drugorzędność nie jest wcale oczywista. Pomiędzy pojmowaniem ojczyzny jako sumy szczątków ludzkich i terytorium, na którym zostały pogrzebane, a pochwałą (jako jedynego, możliwego do zaakceptowania wariantu) delikatnej tkanki języka, kultury i obyczajów, w którą wpleceni są ci, którzy są nam z różnych, nie tylko plemiennych powodów bliscy, rozciąga się szeroki pas możliwej do zagospodarowania ziemi niczyjej.

5.

Redukcja święta narodowego, które może i powinno być wydarzeniem pogodnym i radosnym, do ponurego taplania się we krwi, trupim zaduchu i błocie pól bitewnych cofa nas – jako ogół – o dokładnie 100 lat. W nieciekawe czasy poprzedzające Wojnę Światową numer jeden. W ten sam sposób pojmowania patriotyzmu jako bogoojczyźnianego szczękościsku skierowanego przeciw desygnowanemu obcemu. Wrogowi, który nas krzywdził i będzie krzywdził. Ale my się nie damy, my się odpłacimy, bo my wiemy, że Ojczyzna to Ziemia i Zmarli. Nacjonalizm w postaci dziewiczej, toczka w toczkę zmartwychwstały Barrès.

6.

Maszerujący, podążając za typowym dla reprezentowanych środowisk odruchem, już zidentyfikowali potencjalnych i rzeczywistych przeciwników tzw. marszu niepodległości jako skrajną lewicę. Zidentyfikowani rewanżują się – również odruchowo – nazywając anachronistyczny  zaduch faszyzmem. Swoją drogą ciekawe, co by dzisiaj zrobił André Breton. I do jakiego stopnia jest uzasadnione zapożyczenie użytego przez niego w stosunku do patrioty Barrèsa określenia. Na użytek bieżący.

7.

Co można przeciwstawić świadomym i nieświadomym pogrobowcom Barrèsa? Stwierdzenie, że Ojczyzna to nie Ziemia i Zmarli, lecz Przestrzeń, której granice wyznaczają Kultura i Język. I Żywi.  Przede wszystkim ci ostatni. Wraz ze swymi aspiracjami i marzeniami. Breton z kolegami próbował w 1921, jak wiemy z podręczników historii, nie do końca skutecznie. Potrzebny był akt drugi, z jeszcze większą górą trupów, aby zachodnioeuropejska większość zrozumiała i pogodziła się z myślą, że droga do własnej tożsamości nie może prowadzić w kierunku wyznaczanym przez drogowskazy, na których widnieją łatwe i apelujące do plemiennych emocji slogany.

reedit; 10.11.11. g. 06.57 Dodany został punkt 4 i 7.

Instytut Amnezji Narodowej

Listopad 6, 2011

skutecznie zapomnianySzymon G. urodził się przed 102 laty we Włocławku, dzieciństwo spędził w Warszawie. Wcześnie dostrzeżono jego (jak później wielokrotnie pisali zachwyceni krytycy) niewątpliwy geniusz. Prawdopodobnie nie przesadzali, bo jakże inaczej wytłumaczyć sobie fakt, że jeden z najwybitniejszych ówczesnych pedagogów muzycznych, usłyszawszy grę ośmioletniego malca, w uznaniu dla niebywałego talentu, decyduje się podjąć wyzwanie rezygnując przy tym z honorarium. Dalszy rozwój wypadków potwierdził mądrość i dalekowzroczność tej decyzji. Zanim G. skończy 16 lat otrzyma stanowisko koncertmistrza Drezdeńskiej Filharmonii, aby, w przededniu swych 20 urodzin, na osobistą prośbę Carla Furtwänglera, objąć tę samą funkcję w najsłynniejszej podówczas europejskiej orkiestrze. Oszałamiającą karierę, której istotnym elementem była przyjaźń z Paulem Hindemithem (G. był, obok Feuermanna jednym z członków legendarnego tria Hindemitha) przerywa dojście do władzy narodowych socjalistów; nie pomagają protesty, ani osobista interwencja zrozpaczonego Furtwänglera, zakaz występów jest nieodwołalny. Emigracja nie wygląda początkowo zbyt różowo, Brytyjczycy internują go na Isle of Man, działalność koncertową będzie mógł podjąć dopiero po roku. Rozpoczyna się niekończąca seria sukcesów koncertowych, których ukoronowaniem jest triumfalna owacja po występie w nowojorskim Carnegie Hall w 1938 roku. Amerykańscy krytycy nazywają go wówczas Rubinsztajnem skrzypiec, porównanie – biorąc pod uwagę zadziwiającą zbieżność losów obu muzyków – nie pozbawione sensu. Wybuch II Wojny Swiatowej nie przerywa błyskotliwej kariery, przerywa ją dopiero niefortunna decyzja wyruszenia w azajatyckie tournee w momencie przystąpienia Japonii do działań wojennych. Szymon G. zostaje przez Japończyków internowany na 3 lata na Jawie, w 1946 roku widzimy go znów święcącego triumfy w australijskich salach koncertowych. Nieustająca działalność koncertowa, praktycznie wszędzie na świecie, będzie trwała do 1955 roku. W 1953 przyjmuje obywatelstwo amerykańskie, wzbrania się jednak – wskazując na swe związki emocjonalne z krajem pochodzenia – na zmianę swego imienia z polskiego Szymon na łatwiejsze do wymówienia Simon. Szymonem pozostanie do śmierci. W 1955 roku zakłada w Amsterdamie przesłynną Nederlands Kamerorkest, ze stworzonym przez siebie, znanym z mistrzowskich interpretacji dzieł Bacha i Mozarta zespołem przemierza w ciągu następnych 22 lat, jako solista i dyrygent, nieomal cały świat. Dyryguje (między innymi) takimi zespołami symfonicznymi jak London Symphony Orchestra, BBC Symphony Orchestra, Cleveland Orchestra, Chicago Symphony Orchestra i Boston Symphony Orchestra. Jednocześnie zdobywa opinię jednego z najbardziej cenionych na świecie (obok Menuhina i Ojstracha) pedagogów skrzypiec. Prowadzi kursy mistrzowskie w nowojorskiej Juilliard School of Music, w New Haven Yale University, Philadelphia Curtis Institute, New York Manhattan School of Music i Aspen Music School. W 1977 przejmuje prowadzenie Manchester Camerata, ostatnie lata życia spędza głównie w Londynie, w 1990 roku decyduje się na opuszczenie Europy i wyjazd do Japonii. Wiąże się z pianistką Miyoko Yamane, zamieszkuje w maleńkiej miejscowości w Toyama, nieopodal Tokio i poświęca cały swój czas i energię tworzeniu Nowej Tokijskiej Orkiestry Symfonicznej. Umiera tamże w 1993. Obszerne, pełne podziwu szacunku, miłości i odania nekrologi oraz artykuły okolicznościowe zapełniają szpalty gazet w cywilizowanej części świata. W cywilizowanej.
Zarówno jako światowej sławy dyrygent, jak i wirtuoz skrzypiec pozostawił po sobie bogatą i trudną do objęcia spuściznę nagraniową. Jest łatwy do znalezienia w leksykonach i encyklopediach. Prawie wszędzie, bo u nas raczej nie. Proszę nie szukać go w polskim wydaniu wikipedii. W Wielkiej Encyklopedii PWN go nie ma. W Wielkiej Encyklopedii Muzycznej, w której w zasadzie jest każdy włącznie z portierem konserwatorium warszawskiego, jest króciutka notka (część biograficzna, tom III, E-F-G, str. 364). Krótsza o wiele, niż poświęcona np. gitarzyście elektrycznemu znanemu na wybrzeżu w latach 60-ych.

Niesprawiedliwym byłoby jednak twierdzić, że potomni o nim zapomnieli, bądź że zupełnie go nie docenili. Szymon G. posiada pomnik. W Bostonie. I ulicę swego imienia. Na przedmieściach Groningen.

Kropotkin, wiedziony przemożną chęcią napisania bardzo krótkiego, apolitycznego tekstu, którego treść nie pozostawałaby w żadnym, ale to w żadnym związku z wieńczącym ją tytułem, postanowił ulec pokusie.

Zarost Ockhama

Październik 24, 2011

„Z punktu widzenia czynników oficjalnych odpowiedzialność za katastrofy żywiołowe daje się łatwo przypisać niegodziwości niepożądanych, wrogich jednostek“
A.A. Zinowjew „ Ziejące wyżyny“

Everything happens for a reason – stwierdził swego czasu John Locke. Zdanie, efektowne ze względu na pozorną prostotę, potrafi nas jednak szybko doprowadzić do logicznej ściany płaczu. Bo niemożność przeprowadzenia dowodu dotyczącego słuszności stawia przed alternatywą zwątpienia (bez uzasadnienia) lub wiary (na słowo), co jest, np. dla sceptyka, wysoce niekomfortową sytuacją.

Jeszcze gorzej jest z winą. Językoznawca, prawnik, etyk i prosty człowiek sprzed telewizora używają tego samego terminu nie bacząc, że każdy z nich, akceptując wyłączność znaczenia do którego się przyzwyczaił, mówi coś zupełnie innego. Wina jednego, nie jest winą drugiego, nie jest winą trzeciego. Bo jakże. Nie wiadomo jaka jest przyczyna tego skandalu, jeszcze mniej wiadomo, kogo można (o ile można) obarczyć za powyższy stan rzeczy winą. Uwikłani w sieć pojęć niejednoznacznych, nieprzystawalnych i (ogólnie rzecz biorąc) mętnych, pozostajemy bezradni.

Aby nie wpaść w zamęt, skierujmy się, dla odmiany, na tor anegdotyczny. Związki przyczynowo-skutkowe dają się nader łatwo zastąpić koncepcją winy. Elster, cytując Зияющие высоты Zinowiewa (Aleksandra Aleksandrowicza) nie mógł przewidzieć, że ten wkrótce oszaleje do tego stopnia, że będzie wstyd się na niego powoływać. Ostatnie 15 lat życia i działalności Zinowiewa sprawiły, że wymazaliśmy go zupełnie, nie tylko jego niekwestionowany geniusz, ale również osobę. Kto by jeszcze przed ćwierćwieczem pomyślał. Trochę szkoda. Bo poruszając się po wytyczonej (onegdaj) przez nigo ścieżce możemy dobrnąć do „Les Orangers du Lac Balaton“ Maurice Duvergera i sobie przeczytać:

„Za czasów rządów stalinisty Rákosiego światłe węgierskie przywództwo podjęło uchwałę o utworzeniu na brzegu Balatonu plantacji drzewek pomarańczowych. Jezioro Balaton, mimo że posiada dobroczynny, łagodzący wpływ na kontynentalny klimat równiny panońskiej, nadając szczególnie osłoniętemu od mroźnych, północnych wiatrów wybrzeżu śródziemnomorski charakter, zwykło każdej zimy zamarzać. Agronom, któremu partia powierzyła odpowiedzialne zadanie, miał odwagę cywilną wskazać na ten niekorzystny aspekt, wróżąc przedsięwzięciu nieuniknione fiasko. Na próżno. Partia, działając w oparciu o naukowe podstawy historycznego materializmu nie mogła się (w przeciwieństwie do agronoma) pomylić. Ministerstwo rolnictwa zakupiło (płacąc bezcennymi dewizami) tysiące sadzonek i drzewka zostały posadzone. Po czym – zgodnie z przewidywaniami sceptyka – wszystkie wymarzły. Agronom zaś został zaaresztowany, oskarżony o sabotaż i postawiony przed sądem. I naturalnie skazany. Sąd przychylił się bowiem do argumentacji oskarżenia twierdzącego, że zademonstrowane przez niego swego czasu krytykanctwo dowodzi niezbicie, że zamierzał sabotować decyzję biura politycznego. A skoro na czele od początku stał sabotażysta i malkontent, to nic dziwnego, że przedsięwzięcie zakończyło się fiaskiem.

Warto, naprawdę warto, pamiętać tę historię, gdy dobiega do nas codzienny szum i pokrzykiwania poszukujących winnego. Jak również wówczas, gdy nam coś – w naszych oczach zasłużenie, bądź niezasłużenie – nagle, niespodziewanie spada na plecy.

Jesień potrafi przynieść, poza nieprzyjemną pogodą, rzeczy przerażające.

——-

/napisane - w ogólnych zarysach - chyba w 2009/

Podejście do tematu bohaterstwa w ogóle, a narodowego szczególnie, wymaga pewnej delikatności. Brak takowej może zranić uczucia. Patriotyczne. Opłaca się jednak podjąć ryzyko. Mimo, że z konieczności, będzie dużo uproszczeń. Naprawdę warto.

I. Przydługi wstęp.

Heroizm jako taki wymyślili najprawdopodobniej Grecy. Bardzo dawno temu. Początki herosa były skromne: walczył z Meduzą, smokiem lub jakimś innym nieszczęściem trapiącym społeczność lokalną, od czasu do czasu ratował sobie dziewicę popełniając po drodze czyny godne sławienia. Pomnik herosa zdobił potem agorę. W czasach nowożytnych ulubionym zajęciem bohatera stało się rzucanie się, przeważnie wbrew zdrowemu rozsądkowi, na przeważającą i niewiarygodną ilość wrogów. Krzepnące nowożytne państwa narodowe definiując mity założycielskie sięgały do idei i czerpały pełną garścią z mroków historii. Niemcy odkurzyli Arminiusza, Francuzi Wercyngetoryksa, Hiszpanie Cyda. Rosjanie Aleksandra Newskiego. Szwajcarzy przypomnieli sobie Winkelrieda i Wilhelma Tella. W XIX wieku do postaci legendarnych dołączyli współcześni. Włosi wywindowali na postument narodowego bohaterstwa Garibaldiego, a Simon Bolivar został bohaterem narodowym całego szeregu nowo powstających państw.

Dygresja

Polskim prototypem bohatera narodowego miał szansę zostać francuski marszałek o polskim, książęcym nazwisku, który utopił się w niemieckiej rzeczce i prawdopodobnie dlatego został patronem mostu w Warszawie. Brak polskiej państwowości w czasach, które nastąpiły, zapobiegł jednak nieuniknionej w takich przypadkach epidemii pomników.

Koniec dygresji

Instytucja bohaterstwa narodowego doznała sporej kompromitacji w XX wieku, ponieważ potęgi totalitarne, próbując wzmocnić morale mięsa armatniego przypisały trwale termin bohaterstwa zgonowi na tzw. polu walki. Niemcy nazywali swoich nieboszczyków Kriegshelden, a wąsaty Gruzin wymyślił Bohatera Związku Radzieckiego będącego (w czasie wojny) częstokroć synonimem żołnierza, który dał się w sytuacji beznadziejnej zastrzelić, zamiast trafić do nieprzyjacielskiej niewoli. Chyba, że był np. marszałkiem. Wtedy mógł się cieszyć osobiście. Kult bohaterów narodowych militarnej proweniencji kwitnie, w trochę zmodyfikowanej postaci, po dziś dzień w Stanach Zjednoczonych. Komuś, kto raz został uznany za american hero w zasadzie nikt już nie podskoczy.

Bohater Narodowy jako taki, aczkolwiek powszechny, nie jest łatwy do zdefiniowania. Zdaniem potomnych jest to (z reguły) ktoś, kto dokonał rzeczy ogromnych, zasłużył się dla ojczyzny czynami swemi i wymaga z tego względu szacunku, czci i upamiętnienia. Upamiętnia się przeważnie przy pomocy orderów imienia, pomników i notorycznego nadużywania nazwiska do nazywania placów, skwerów, ulic i mostów. Taki Garibaldi ma we Włoszech, w dowód wdzięczności za podarowaną Włochom państwowość, wszędzie, naprawdę wszędzie jakąś ulicę lub plac. A na placu dodatkowo pomnik. W Polsce trudno znaleźć miejscowość nie posiadającą ulicy Ściegiennego. Czasem jest to ulica Piotra Ściegiennego, czasem księdza P. Ściegiennego. W ostatnim dwudziestoleciu przeważa ta ostatnia. Ściegienny, jako patron ulic cieszy się nieprzerwaną sympatią i wdzięcznością rodaków (w tym władz) od momentu uzyskania niepodległości w 1919 roku. Bez względu na ustrój. Nadaje mu to rangę fenomenu, któremu warto się przyjrzeć bliżej. Bo jest to przecież ciekawe, jakie cechy charakteru i dokonania sprawiają, że w światowym centrum zawiści, pieniactwa, kłótliwości i wieszania psów na bliźnim jest możliwy szacunek i kult ponad podziałami.

II.Trudny temat

Niełatwa sprawa z tym Ściegiennym. Bo jakże tu przyczepiać się do kogoś, kto chciał dobrze? Nawet jak mu nie wyszło? Encyklopedyczne notki ukazują sympatycznego, naiwnego patriotę, utopistę i społecznika. Próbował wzniecić powstanie, dostrzegał ucisk warstw, niedobry zaborca zesłał go na Sybir, z którego powrócił jako siwowłosy staruszek. Otóż diabeł tkwi w szczegółach. W wizji. W tym, co można nazwać „modus operandi“. Po bliższym przyjrzeniu się, jeżą się włosy na głowie. A było tak.

III.Społecznik, wizjoner, rewolucjonista, bohater.

Ściegienny urodził się w rodzinie wieśniaczej. Wykształcenie otrzymał skromne, wyniki w nauce miał też takowe. Ponieważ nie przyjęto go do seminarium duchownego, wybrał drogę okrężną, zostając nauczycielem u pijarów, gdzie nauczał do momentu zostania klerykiem i uzyskania święceń kapłańskich w 1832 roku. Po kasacji zakonu został wikarym w Wilkołazie w Ordynacji Zamojskiej. W okresie po powstaniu listopadowym zaangażował się w działalność konspiracyjną. Polegała ona na tym – tu źródła są zgodne – że „nawiązał kontakty“. Do konspiracji wciągnął znajomych (co było, jak się później okazało, poważnym błędem) jak również swoich dwóch braci. Trudno powiedzieć o co mu chodziło. Późniejsi patrioci twierdzili, że o niepodległość, socjaliści, że o rewolucję społeczną. Poglądy swoje, a w zasadzie nie tyle swoje, co Lammenais’go, spisał w tzw. „Złotej książeczce“. Tenor prezentowanego niezainteresowanym (przeważnie) i niepiśmiennym (nieomal zawsze) przedstawicielom ludu (okolicznym chłopom) dziełka był jednoznaczny: ucisk jest zły, wyzysk sprzeczny z chrześcijaństwem, kler sojusznikiem krwiopijców, Chrystus tego nie chciał, lud musi przestać pić gorzałkę i powstać. Czytanie chłopom i co poniektórym kieleckim mieszczanom przepisywanego ręcznie manuskryptu nie przynosiło jednak oczekiwanych wyników, lud był ciemny i oporny. Przechowywana na policji teczka z donosami przedstawicieli ludu na „zwariowanego księdza“ puchła, władze carskie nie podejmowały jednak żadnych kroków, nie widząc najwyraźniej takiej konieczności. Rozczarowany obrotem wypadków i zdesperowany kapłan postanawia uciec się do podstępu. Siada do stołu i wystosowuje własnoręcznie list papieski do polskiego włościanina (i rzemieślnika), w którym to liście jego świątobliwość wzywa tegoż włościanina do rewolty obiecując Królestwo Boże na Ziemi i ewentualną dyspensę. To, że aktualny papież był zdecydowanym przeciwnikiem wszelkich ruchawek, zupełnie mu przy tym nie przeszkadzało. Ponieważ czytanie listu jednostkom, poza drapaniem się w głowę, nie przyniosło konkretnych efektów w postaci wzrostu nastrojów rewolucyjnych, a ustalony ze znajomymi z Warszawy termin powstania zbliżał się nieubłaganie, Ściegienny decyduje się na krok desperacki w postaci zwołania wiecu w celu wygłoszenia płomiennej mowy do ludu. O wiecu wiadomo, że się odbył 24 października 1844 w lesie nieopodal Krajna, na Kielecczyźnie. Liczne źródła skromnie milczą na temat liczebności zgromadzonego tłumu. Wzięło w nim udział (poza księdzem) dwunastu chłopów, którym przekazana została wizja. Ściegienny obiecał zniesienie pańszczyzny, ziemi ile kto chce i (według zeznań nausznych świadków) nawoływał do mordowania urzędników i panów w celu osiągnięcia przy pomocy czynu rewolucyjnego tak upragnionej równości. Przemówienie zakończył okrzykiem: Bracia, do broni! Chłopi mowę wysłuchali, powiedzieli, że muszą sobie przemyśleć, po czym rzucili się na wyścigi do najbliższego komisariatu w celu złożenia donosu. Wyścig wygrał (i skasował obiecaną nagrodę) niejaki Janic. Nieświadomy rozwoju wypadków Ściegienny, przeświadczony o genialności i skuteczności swego planu (do powstania wystarczy 50 młodzianków, którzy powinni zwerbować 500 chłopów z kosami, a carat padnie, on sam pójdzie z krzyżem na czele i będzie nawracał rosyjskich żołnierzy na prawdziwą wiarę) zleca dalszy werbunek braciom, a sam udaje się do pobliskich Kielc w celu szukania sprzymierzeńców dla swej sprawy. Tam zostaje zaaresztowany na ulicy i odtransportowany do X pawilonu warszawskiej cytadeli. W stan gotowości postawiono (jak się okazało zupełnie niepotrzebnie) okoliczny garnizon. O tym, jakie były naprawdę nastroje społeczne niech świadczą liczby. Śledztwo było skrupulatne. Z początkowo podejrzewanych 152 uczestników spisku (w tym 45 chłopów) ostały się (po przejrzeniu teczek z donosami) 24 osoby, którym postawiono zarzuty. Władze carskie postanowiły okazać surowość. Przywódca miał być stracony. Resztę oskarżonych skazano na bezterminową katorgę po uprzedniej publicznej chłoście. Ostatecznie wyrok wykonano publicznie 6 maja 1846 w Kielcach na 13 skazańcach. Bardziej skomplikowana była sprawa z przywódcą buntu – publiczne wieszanie duchownego nie było eleganckim rozwiązaniem. Namiestnikowi Paskiewiczowi specjalnie zależało, aby decyzję o zdjęciu sakry podjął sąd kościelny, zwrócił się zatem do polskiego, słynnego jak obecnie powszechnie wiadomo z kultywowania ducha patriotycznego duchowieństwa z uprzejmą prośbą o pomoc. 27 kwietnia 1846 roku kapituła katedry lubelskiej skazała posłusznie Ściegiennego na degradację i odsądzenie od godności duchownej. Audytoriat wojskowy, za zezwoleniem Paskiewicza, zamienił karę śmierci na pozbawienie praw i bezterminową katorgę na Syberii. Ksiądz (a w zasadzie już nie ksiądz) protestował głośno domagając się wykonania wyroku, ale w końcu powędrował na Syberię. Tam spędził 10 lat w kopalni w Nerczyńsku, a potem na zesłaniu w Permie. Wrócił do kraju po 25 latach. Resztę życia spędził w u brata w Tarnawie i Lublinie domagając się od miejscowego biskupa przywrócenia święceń. Co, po latach starań, zakończone zostało sukcesem. Z przykrością należy stwierdzić, że był to jego jedyny sukces. Zmarł w wieku 90 lat i – ponieważ nie pozostawił na pochówek ani grosza – został pochowany w krypcie zaprzyjaźnionego duchownego.

IV.Niewygodne refleksje

Różne narody wybierają sobie różnych bohaterów. Przeważnie kierują się wdzięcznością i doceniają dokonania. Bohaterowie zasługują na hołd, bo uratowali ojczyznę, odnieśli niewiarygodne zwycięstwa, są (lub mogą być) przedmiotem zazdrości sąsiadów. Źródłem dumy. Jakie wnioski można jednak wysnuć na temat poczucia własnej wartości narodu czczącego ewidentnego (choć może sympatycznego) nieudacznika? Człowieka, który zawiódł pokładane w nim nadzieje, który niczego nie osiągnął, nie wiedział jak się zabrać do wzniecenia powstania, postanowił mimo to wzniecić i w wyniku swej niewiedzy wpakował siebie i innych w tarapaty? Duchownego, który nie potrafił realnie ocenić sytuacji, naraził innych, a w końcu został wychłostany, bo uznano, że nie stanowił wystarczającego zagrożenia, aby karać go surowiej? Co sprawia, że całe spektrum – od narodowców, po anarchistów – zgodnie chyli głowę przed tą klęską? Strach pytać.

V. Pytanie dodatkowe

Zakładam, że każdy rodak słyszał kiedyś o księdzu, który chciał kiedyś wzniecić powstanie i w tym celu zgromadził 12 chłopów w lesie, ale mu się nie udało.  Czy ktoś z czytelników wie (bez zaglądania do Wikipedii), kto dowodził doskonale zorganizowanym, racjonalnie przeprowadzonym  i uwieńczonym (przy minimum strat) sukcesem Powstaniem Wielkopolskim? I w jaki sposób go doceniono? I ile ulic zostało nazwanych jego imieniem? Dla ułatwienia dodam, że żadna z głównych ulic w Poznaniu (nawet w Poznaniu) nie nosi jego imienia. Uczczony został natomiast niejaki Franciszek Ratajczak, powstaniec trafiony przez zbłąkaną kulę w pierwszym dniu powstania. Miał szczęście: zasłużył się rodakom, bo co prawda niczego wielkiego nie dokonał, nie odniósł żadnego sukcesu, ale za to był ofiarą. Bycie ofiarą, podobnie jak bycie nieudolnym, gwarantuje w Polsce szacunek i podziw rodaków. Nie dziwmy się, że jest tak, jak jest, skoro jesteśmy, jacy jesteśmy. Nieudolność i klęska są przepustką do narodowego panteonu. Jak to nazwać? Nazwijmy to solidarnością ofiar.

Proszę wszystkich, którzy zajrzą do Wikipedii lub do copypastowanego  w sieci (w nieskończoność i do znudzenia) artykułu z czasopisma Mówią Wieki w celu wykrzyknięcia „ale przecież wiadomo jak było”  o wstrzemięźliwość w wyciąganiu pośpiesznych wniosków. Nie wystarczy.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 63 obserwujących.

%d bloggers like this: