Nikt nie chce uchodzić za chama albo, co gorzej, prostaka. Nawet autor niniejszego bloga. Znajomość oper uchodzi (w pewnych kręgach przynajmniej) nadal za probierz kulturalnego wyrobienia. W przypadku dzieł literackich można przeczytać bryk lub streszczenie i od biedy uchodzić za znawcę. Z operą jest trudniej. Bryków nie ma. Wychodząc naprzeciw ogólnemu zapotrzebowaniu, postanowiliśmy zamknąć tę dotkliwą lukę.

Dzisiaj:
Józef Verdi. La Traviata.

Na początku należy zaznaczyć, że chodzi o kobiety podejrzanego autoramentu, alkohol i życie towarzyskie. Czyli nic dla dziatek i osób z kręgosłupem moralnym. Pozostałe osoby prosimy o pozostanie na sali. Będzie miło.

Tytuł
La Traviata znaczy „ta, która pobłądziła, zboczyła z drogi”. Jest to eufemizm, chodzi o kobietę upadłą, co też jest eufemizmem ponieważ chodzi o kurtyzanę. Co zresztą też jest eufemizmem, bo wiemy dobrze o kogo chodzi. Ponieważ rzecz dzieje się w czasach politycznej poprawności zwanej wówczas jeszcze moralnością mieszczańską, Verdi nie mógł prosto z mostu. Może tak i lepiej.

Pomysł.
Libretto napisał niejaki Francesco Maria Piave. Piave był zdolnym i pracowitym wyrobnikiem. Verdi zamawiał, Piave dostarczał. W sumie dostarczył dziewięć razy. W nagrodę Verdi traktował go nie najlepiej. Piave nie wymyślał, Piave był rzemieślnikiem i pracował zgodnie z instrukcjami mistrza. Akurat święciła triumfy Dama Kameliowa, nie tylko jako powieść lecz przede wszystkim jako sztuka teatralna. Mistrz pozazdrościł synowi Aleksandra Dumasa sławy i zamówił u Piavego „coś podobnego, najlepiej też o kobiecie lekkich obyczajów, ma się dziać w Paryżu i skończyć smutno” Piave nie dyskutował lecz usiadł i napisał libretto do Traviaty.

Historia
Akt I
Paryż, połowa XIX wieku Salon niejakiej Violetty Valéry, jeszcze się dowiemy co to za jedna. Wszyscy się pysznie bawią. Gospodyni też. Akurat przedstawiono jej niejakiego Alfredo Germont. Młodzieniec wydaje się być poczciwszy niż jej aktualny amant, baron (przepraszamy za słowo) Douphol. Baron wznosi toast za miłość. Toast przechodzi mu w dłuższą arię.
Violetta dostaje ataku uporczywego kaszlu i już wiemy, że broń, która pokazana została w pierwszym akcie musi nieuchronnie wystrzelić w ostatnim. W przerwie pomiędzy ponawiającymi się atakami kaszlu, Alfredo (poczciwiec) wyznaje jej swą miłość. Najpóźniej w tym momencie nawet najbardziej nierozgarnięty widz powinien móc przewidzieć jak to się skończy. Violetta próbuje ostudzić zapały młodzieńca, ten nie daje za wygraną. Ponieważ lowelas-poczciwina nie chce się odczepić, pożycza mu kwiat Kamelii, prosząc aby zwrócił nazajutrz. Naprawdę. Po wyjściu gości gospodyni spekuluje czystym sopranem na temat ewentualnych uczuć. W końcu jednak przychyla się do poglądu, że skromne radości dnia codziennego i udogodnienia wynikające z dobrodziejstw profesji też są w końcu coś warte. Kurtyna.

AktII
Odsłona pierwsza
Trzy miesiące później. Alfredo i Violetta żyją sobie szczęśliwie w małym domku na prowincji. Sielankę finansuje chwilowo ustatkowana oblubienica z potajemnej sprzedaży majątku ruchomego. Alfredo, wiedziony ambicją, udaje się do Paryża w celu zdobycia środków do życia. Pod jego nieobecność pojawia się tatuś ambitnego młodzieńca. Starszy pan Germont, kierując się troską o dobre imię rodziny, nakłania Violettę do porzucenia kochanka i powrotu do nierządu. Violetta, wychodząc ze słusznego założenia że jej koniec jest bliski, z bólem serca przystaje.
Violetta wyjeżdża, Alfred powraca. Violetta powiadomiła go listownie o swej decyzji. Rozpacz. Ponownie pojawia się tatuś i wzywa marnotrawnego syna do powrotu. Ten jednak odnajduje zaproszenie na party u niejakiej Flory Bervoix i postanawia jednak podążyć do Paryża śladami ukochanej. Nie podda się tak łatwo. Taki on. Kurtyna.

Odsłona druga
Violetta, w towarzystwie nieodłącznego Barona (przepraszamy) Duphol na balu u Flory B. Goście przebrani za torreadorów i cyganki. Tańce i napoje wyskokowe. Pojawia się Alfredo i siada do karcianego stolika. Licytację przerywa kąśliwymi uwagami pod adresem byłej kochanki. Baron gotuje się wewnętrznie. Ku ogólnemu zdziwieniu Alfredo wygrywa i postanawia opuścić bal zabierając ze sobą Violettę. Ta, mimo gorących próśb kochanka, odmawia. Alfredo podejrzewa romans z (przepraszamy) Dupholem. W ataku zazdrości rzuca naszej biednej (i chorej) heroinie pieniądze w twarz, dając przy tym towarzystwu do zrozumienia, że jest to opłata za coś zupełnie innego, powszechnie wiadomo za co mężczyzna płaci kobiecie nie będącą jego żoną. Przynajmniej wówczas wszyscy wiedzieli. Violetta mdleje, Baron wyzywa, tatuś zazdrośnika pojawia się nie wiadomo skąd i znów wtrąca swe trzy grosze. Kurtyna.

Akt III
Luty, czas karnawału. Violetta na łożu boleści. Wcale nie czuje się dobrze, co jest w końcowym stadium suchot zrozumiałe. Z listu starszego pana Garmont dowiaduje się, że zraniony w pojedynku baron wraca do sił, Alfredo zaś musiał opuścić kraj. Nie ma to jak dobre wieści.
Alfredo, uświadomiony przez nękanego uzasadnioonymi wyrzutami sumienia ojca, pojawia się w sypialni umierającej i zaczyna w swej naiwności snuć plany wspólnego szczęścia. Pojawia się ojczulek Garmont i korzystając ze swych uprawnień rodzicielskich błogosławi rozkwitające uczucie. Violetta zaklina oblubieńca aby poszukał sobie innego obiektu zainteresowań ponieważ ma zamiar za chwilę skonać. Alfredo prosi aby nie umierała. Violetta chciałaby ale nie może. Szlochy publiczności. Kurtyna.

Uwagi, które należy rzucić od niechcenia po zakończeniu spektaklu.

1. No, Callas to jednak całkiem inna klasa (na temat odtwórczyni roli tytułowej).

2. Gdzież mu tam do Placido Domingo (na temat odtwórcy roli Alfreda).

3. No, Zefirelli to z niego raczej nie jest (na temat jakości pracy reżysera).

4. Pamiętam, w 2005 roku w Salzburgu, gdy śpiewali Netrebko i Villazon! Nie-za-po-mnia-ne!!! (tak ogólnie)

Obsada (w skrócie):
Violetta Valéry (sopran)
Flora Bervoix (mezzosopran)
Alfredo Germont (tenor)
Baron (przepraszamy) Duphol (baryton)
Tatuś Germont (baryton)

Ważniejsze arie (również duety):
1. Libiamo ne lieti calici (Alfredo, Violetta, Chór)
2. Un di, felice, eterea (Alfredo, Violetta)
3. Ah, fors’è lu (Violetta)
4. Sempre libera (Violetta)
5. De miei bollenti spiriti (Alfredo)
6. Addio del passato (Violetta)
7. Gran Dio! morir si giovane (Alfredo, Violetta)

Trivia:
Opera miała być początkowo zatytułowana „Kamelia”. Stanęło jednak na tym, że będzie to Traviata. Prapremiera odbyła się 6 marca 1853 w Teatro La Fenice w Wenecji. Publiczność wygwizdała „za pokazywanie dziwek na scenie” a recenzenci zjechali niemiłosiernie. Verdi załamał się, zmienił tytuł opery na Violetta a Piave przeniósł akcję na dwór Ludwika XIV. Co się spodobało. Pierwotna wersja wróciła do łask w czasach późniejszych.

Szlachetne postanowienia

lipiec 6, 2009

Kanonik Vaubain, wiedziony wyrzutami sumienia, postanawia nie przepuszczać w pokera całości przeznaczonych na wdowy i sierotki datków wiernych. Połowa, myśli sobie, powinna też wystarczyć. Powziąwszy to szlachetne postanowienie, postanawia zwierzyć się swemu najlepszemu przyjacielowi.
Dobra nowina, myśli sobie dalej, zasługuje na to aby się nią podzielić. I dzieli się. Przy okazji porównuje swą decyzję z tą, którą podjął onegdaj św. Franciszek z Asyżu. Biorąc pod uwagę, że święty nie musiał walczyć z demonem hazardu, porównanie wypada zdecydowanie na korzyść kanonika. Jak by na to nie patrzeć.

Myszkin, dowiedziawszy się, że pieniądze, które regularnie wygrywał od kanonika były własnością wdów i sierot, wpada w rozpacz. Postanawia nie przepijać całej wygranej lecz tylko połowę. Resztę będzie wrzucał do stojącej w sieni świątyni skrzynki z napisem „Na wdowy i sieroty”.

I wszystko, naprawdę wszystko byłoby dobrze, gdyby Vaubain nie odkrył uroków ruletki.
- I za co ja teraz – biada niepocieszony Myszkin – będę proszę Państwa pił?

Doprawdy, okrutny los potrafi pokrzyżować najszlachetniejsze plany.

Kiedy w trakcie prowadzonych w okolicach wiadomej góry badań archeologicznych, odnaleziono potrzaskane przez Mojżesza tablice, radości nie było końca. Światowej sławy eksperci natychmiast zabrali się do żmudnych, ale jakże pasjonujących prac rekonstrukcyjnych.

Praca nad układanką trwała trzy tygodnie, pod koniec zaczęła wyłaniać się całość.

Przykazań było nie dziesięć lecz pięć. Pierwsze: „nie będziesz pożyczał na procent, a jeśli już, to na niski”. Drugie: „nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”. Trzecie: „rób co chcesz, ale uważaj aby nie zrobić krzywdy bliźniemu swemu”.
Czwarte było pewnym zaskoczeniem: “karawana nadchodząca z prawej strony ma pierwszeństwo”
Największą konsternację wywołało jednak piąte. Brzmiało ono: „Jeśli pojawi się ten Dawkins, powiedz mu że się myli”.

Święty Jerzy jest świętym niebywale popularnym i powszechnie znanym, ba, większość świętych może Jerzemu niesamowitej kariery pozazdrościć. Popularność święty Jerzy zawdzięcza smokowi. Szkoda, że podobnie jak smok, najprawdopodobniej nigdy nie istniał. Ale po kolei.

Święty Jerzy pojawia się po raz pierwszy pośród rozlicznych męczenników u Euzebiusza z Cezarei. Wzmianka jest skromna, liczy dwie linijki i dotyczy niejakiego Georgiosa, ściętego w Nikomedii w 303 roku. Akurat wówczas, wobec – powiedzmy to sobie otwarcie – mało tolerancyjnej polityki Dioklecjana, męczenników było na pęczki. Konstantyn miał to wkrótce zmienić, można zatem powiedzieć, że Georgios załapał się na męczeństwo w ostatnim momencie. Na temat rozlicznych bohaterskich czynów Jerzego i jego rzekomego zatargu z Dioklecjanem Euzebiusz milczy.

W miarę upływu czasu, cudów przypisywanych św. Jerzemu zaczyna przybywać. Jego kult upowszechnia się w Egipcie i Azji Mniejszej w V i VI wieku, aby przybrać cechy groteskowego, powszechnego uwielbienia w okresie wojen krzyżowych. Wpierw, z anonimowej nieomal ofiary masowych prześladowań, Jerzy przeistacza się w szlachetnego rzymskiego rycerza, który miał odwagę przeciwstawić się cesarzowi doprowadzając go do wściekłości. Rozliczne miasta rozpoczynają współzawodnictwo o tytuł oficjalnego miejsca męczeństwa, zwycięso wychodzi Lida, aczkolwiek mieszkańcy Nikomedii nie przyjmują tego do wiadomości. Jakby tego było mało, z czasem pojawia się legenda, jakoby miał swój występ na dworze cesarskim poprzedzić rozdaniem dóbr doczesnych pomiędzy biednych i potrzebujących. Z każdym następnym opisem żywot Jerzego staje się barwniejszy, wspanialszy i obfitujący w coraz bardziej spektakularne czyny. Święty Jerzy obrasta w życiorys i cuda z dynamiką wywołującą zdumienie nawet u hierarchów ówczesnego kościoła. Zaczyna nadal przybywać miejsc, w których rzekomo miał mieszkać i ponieść śmierć męczeńską, nieomal co druga budowana we wczesnym średniowieczu świątynia nosi jego imię. Do świętego zaczynają się przyznawać nie tylko miasta i kraje, w których jak możemy założyć nigdy nie był, ale również te, w których nigdy być nie mógł. Jednocześnie rozpoczyna się cudowne rozmnożenie relikwii, na szczególną wzmiankę zasługuje tu dokonanie biskupa Moguncji Hatto, który w 896 roku z wyprawy turystycznej do Ziemi świętej powrócił z doskonale zachowaną głową świętego.

W okresie wojen krzyżowych Jerzomania jest już tak rozpowszechniona, że święty, mimo że oficjalnie od 700 lat uznany za zmarłego, zaczyna się znów pojawiać. Szczególnie krzyżowcom. Na przykład wedle świadectw uczestników bitwy pod zamkiem Montgisard, św. Jerzy miał walczyć ramię w ramię z rycerzami Baldwinem i Balianem z Trewiru oraz Rajmundem, Hugonem i Wilhelmem z Galilei. Wszyscy go widzieli i poświadczyli pod przysięgą, trudno więc wątpić aby tylu znakomitych mężów mogło się mylić.

W trakcie synodu w Oksfordzie w 1222 roku, święty Jerzy zostaje oficjalnie uznany za Anglika, jego miejsce urodzenia zostaje przeniesione z Kapadocji do Coventry. Teraz już spokojnie może zostać patronem swej nowej ojczyzny. I zostaje. Krzyż św. Jerzego nie od parady zdobi do dziś brytyjską flagę. Dobrze, że nie istniały wówczas media, udało się dzięki temu uniknąć międzynarodowego konfliktu z Gruzją, Maltą, Portugalią, Abisynią i Bułgarią (które już wcześniej sobie świętego zarezerwowały) jak również z Litwą, Rosją, Tyrolem, Katalonią i Serbią (które dołączyły później).

Gdy wreszcie Jakub de Vorgaine w połowie XIII wieku w swej „Legenda Aurea” próbował zmontować z setek krążących, sprzecznych ze sobą fantastycznych opowieści i mitów w miarę spójną historię – napotkał na nie lada problem. Wybrnął mistrzowsko, ignorując konsekwentnie zasady chronologii i logiki. Smok też się załapał.

W 1969 roku, Jego Świątobliwość Papież Paweł VI traci nerwy i nakazuje usunięcie dynamicznego świętego z kalendarza liturgicznego. Decyzję swą motywuje w sposób śmieszny i mało wiarygodny, a mianowicie tym, że takiego świętego nigdy nie było. Święty okazuje się być jednak jednak oporny, w roku 1975, mimo oficjalnego dekretu papieskiego skazującego go na nieistnienie, pojawia się, jak Feniks z Popiołów, w rzeczonym kalendarzu ponownie.

Święty Jerzy opiekuje się szczególnie zakonami rycerskimi, harcerzami, wędrowcami, górnikami i żołnierzami. Jest też patronem rolników, kowali, bednarzy, artystów i więźniów.
Modlitwa do Św. Jerzego pomaga bez wyjątku wszystkim i na wszystko.

Rozpocznijmy od pytań trywialnych. Opłaci się.
Skąd się bierze historia? Kto ją tworzy? Jak się ma to, co zwykliśmy uważać za historyczne fakty, do tego co się wydarzyło w rzeczywistości? Co to znaczy „w rzeczywistości”? Czy to, co zawarte w materiałach źródłowych ma jakąkolwiek szansę we współzawodnictwie z wiodącymi byt samoistny wierzeniami kolektywnymi, wierzeniami, które kwitną w najlepsze na przekór wszelkim zawartym w źródłach świadectwom? Ze zbiorową świadomością, której ulubionym skrótem myślowym jest powabne sformułowanie „jak powszechnie wiadomo”?

Joseph Ignace Guillotin przyszedł na świat 28 maja 1738 roku w Saintes. Jego tatuś był cenionym adwokatem, o mamie wiemy mało. W każdym razie rodzina była przyzwoita i ciesząca się nieposzlakowaną opinią. W przyszłości miało się to zmienić, ale nie uprzedzajmy wypadków. Jezuici, których był wychowankiem, są do tego stopnia zachwyceni intelektem małego Józia, że nalegają na wstąpienie tegoż do zakonu i kontynuowanie studiów teologicznych. Tak się też staje. Joseph Guillotin zostaje profesorem literatury w jezuickim Kolegium w Bordeaux. Po siedmiu latach młody uczony dochodzi jednak do przekonania, że teologia w połączeniu z literaturą nie jest „en vogue” i postanawia poświęcić się służbie ludzkości. Pakuje kufry i udaje się do Paryża. Studia odbywa na Sorbonie oraz w Rheims. Uzyskawszy w 1768 roku dyplom i tytuł, oddaje się z oddaniem praktyce lekarskiej, ludzkość ma jednak o nim jeszcze usłyszeć. Na arenę dziejów wkracza w 1784 roku, pomaga mu w tym Franciszek Mesmer, Austriak, również lekarz medycyny a także szarlatan, hochsztapler oraz pionier leczenia ładnych kobiet z „fluidów” przy pomocy obmacywania na osobności. Mimo że proponowana przezeń metoda miała sprawiać, przynajmniej w swych założeniach, sporą przyjemność zarówno terapeucie jak i pacjentkom, władze w rodzinnej Austrii nie podzieliły nowatorskiego entuzjazmu i Mesmer salwował się ucieczką do Paryża. Również w tym pięknym mieście napotkał na trudności i brak zrozumienia. Król Ludwik XVI powołuje komisję naukowych autorytetów, czternastoosobowe gremium potępia twórcę teorii magnetyzmu zwierzęcego w czambuł, Mesmer przenosi się do Niemiec. Jednym z członków komisji, obok Beniamina Franklina (tego od piorunochronu) i Antoniego Lavoisiera (tego od chemii) był Joseph Guillotin. Jego sława jako lekarza wydaje się być w międzyczasie ugruntowana, świadczy o tym choćby stanowisko przybocznego lekarza królewskiego brata, późniejszego Ludwika XVIII.
Czasy są nad wyraz ciekawe, we Francji wszyscy zabierają się nagle za politykę, Guillotin nie umie się powstrzymać i miast przepisywać maści i tinktury, wydaje pamflety na temat parlamentaryzmu i wolności słowa. Nie uchodzi to ogólnej uwadze współobywateli, na 10 tygodni przed zburzeniem Bastylii doktor G. zostaje wybrany deputowanym do Konstytuanty Zgromadzenia Narodowego. W ramach doskonale udokumentowanej działalności parlamentarnej, energicznie inicjuje szereg reform, szczególnie angażując się w reformę służby zdrowia jak również, będąc radykalnym abolicjonistą, w doprowadzenie do ustawowego zniesienia kary śmierci. Ponieważ pomysł zniesienia najwyższego wymiaru kary napotyka na powszechny brak zrozumienia, zrezygnowany Guillotin, w jednej z licznych ożywionych dyskusji na temat praw człowieka i obywatela, proponuje przynajmniej ujednolicenie i demokratyzacje sposobu jej wymierzania. A mianowicie: „przez użycie sprawnego i praktycznie bezbolesnego urządzenia”. Nie przystoi bowiem, argumentował, aby skazaniec, w zależności od rodzaju przestępstwa, urodzenia i stanu majątkowego miał do czynienia ze stosem, rozrywaniem końmi, gotowaniem żywcem, szubienicą, ostrym mieczem lub tępym toporem w ręku pijanego parobka. Było to w 1791 roku.

Wypowiedź dobrego doktora, podobnie jak wcześniejsze usiłowania zniesienia najwyższego wymiaru kary, początkowo pozostaje bez echa. Pewnej pikanterii dodaje całej sprawie fakt, że do frakcji przeciwników kary śmierci należeli obok doktora Guillotin również Robespierre, Le Peletier, Mirabeau i Brissot. Trzy lata później nikt z nich już nie żył.

Humanitarny w swych założeniach pomysł doktora Guillotin, zapamiętał przeciążony urzędowymi obowiązkami kat Paryża Charles Henri Sanson. „Monsieur de Paris” zwraca się jesienią 1791 roku do Antoniego Louis, profesora chirurgii (jak również przybocznego lekarza Ludwika XVI) o fachową pomoc. Profesor Louis dostarcza dokładnego projektu urządzenia, wzoruje się przy tym na wcześniejszych urządzeniach tego typu, m.in. tzw. toporze z Halifax. Wykonanie prototypu powierzono sąsiadowi Sansona, niemieckiemu budowniczemu klawesynów Tobiaszowi Schmidtowi. Obaj panowie muzykowali wspólnie w czasie wolnym od innych zajęć. Budowy pierwszego funkcjonującego urządzenia podjął się hrabia Pierre-Louis Roederrer, do publicznie toczonej dyskusji nad optymalnym kształtem ostrza włączył się nawet osobiście sam król. Urządzenie, nazwane na cześć swego wynalazcy Louisette, zostało użyte po raz pierwszy 25. kwietnia 1792 roku w celu dekapitacji niejakiego Nicolasa Pelletier. Pelletier był oskarżony o kradzież portfela. Publiczność, rozczarowana zbyt szybkim i przez to mało spektakularnym przebiegiem widowiska, skwitowała całość buczeniem i gwizdami.

Nie mający ze sprawą zbyt wiele wspólnego Joseph Ignace Guillotin wykonuje dalej spokojnie swój zawód, w 1795 roku, u schyłku wielkego terroru, podejrzany o to co wszyscy czyli bycie wrogiem ludu, spędza nawet cztery tygodnie w więzieniu. Udaje mu się przeżyć. Zostaje znanym w całej Francji orędownikiem i propagatorem wynalezionej przez Jennera szczepionki przeciw ospie, w sprawie masowych szczepień dociera do Napoleona, a potem do papieża Piusa VII. W późniejszym czasie zakłada w Paryżu Akademię Medyczną (która, wbrew mylącej nazwie, była instytutem higieny publicznej) a także – jako znany lekarz i pedagog – leczy swych rodaków. Umiera otoczony powszechnym szacunkiem w wieku 75 lat w 1814 roku.

Trudno powiedzieć skąd wzięło się powszechnie panujące przekonanie o wynalazcy gilotyny, krwiożerczym lekarzu, który padł ofiarą swego wynalazku. Pewną rolę odegrało zapewne złośliwe przekręcenie faktów w anonimowym artykule opublikowanym w wydawanym na emigracji rojalistycznym pisemku. Guillotin do ostatnich dni swego pełnego poświęcenia życia nie pojął przyczyn, dla których akurat jemu, zdecydowanemu humaniście i przeciwnikowi kary śmierci, przypisano sławę wynalazcy śmiercionośnego narzędzia. Po jego śmierci, rodzina wystąpiła do władz z prośbą o zmianę (w międzyczasie już oficjalnej) nazwy urządzenia. Spotkawszy się z odmową, krewni sami zmienili swe nazwiska.

Ostatni wyrok z użyciem gilotyny wykonano we Francji w 1977 roku.

Logika emocjonalna

czerwiec 17, 2009

Niezły łobuz z tego Golemana. Namieszał w głowach, że aż zęby bolą. Wobec faktu, że termin „inteligencja emocjonalna”, mimo uporczywych usiłowań panów Lockego, Zeidnera i Robertsa, nie daje się tak łatwo usunąć z masowej wyobraźni, zajmijmy się logiką emocjonalną. Dla odmiany. Twierdzącym, że czegoś takiego nie ma, polecić można szczególny przypadek postrzegania rachunku prawdopodobieństwa w przypadku gier losowych.

Bez zbędnego zagłębiania się w szczegóły przypomnijmy, że w przypadku skreślenia na kuponie totolotka sześciu liczb, prawdopodobieństwo wylosowania „szóstki” jest identyczna dla każdej dowolnej kombinacji. Również dla tej, która została wylosowana w poprzednim ciągnieniu. I tu zaczyna się problem. Zdumiewająca większość ofiar gier losowych, zapytana o to, czy ma sens zakreślania liczb, które komuś przyniosły materialne szczęście przed tygodniem, odpowiada, że nie. Szansa dwukrotnego wyciągnięcia takiej samej kombinacji w dwóch kolejnych odsłonach dramatu, wydaje im się nagle niebywale, ba, astronomicznie mała, o wiele mniejsza niż szansa wyciągnięcia daty urodzin żony sąsiada, rozmiaru butów rodzeństwa lub liczb które im się przyśniły w proroczym śnie. Nieodparcie nasuwa się analogia do irracjonalnej wiary żołnierzy chowających się w zamęcie bitwy do leja po bombie, w przeświadczeniu, że rachunek prawdopodobieństwa jest ich sprzymierzeńcem.

Logicznie rzecz biorąc, zakreślanie liczb wylosowanych w ostatnim ciągnieniu jest najlepszą z możliwych strategii. Wobec wzmiankowanej powyżej niechęci innych grających do tej kombinacji, szansa na to, że wygranej nie trzeba będzie dzielić z innymi, a zatem że będzie ona znacząco wyższa, wzrasta. Czy ktoś to robi? Wątpliwe. W przeciąganiu liny pomiędzy odpowiedzialnymi za podejmowanie trafnych decyzji, „logicznymi” obszarami kory znajdującymi się ponad ciałem modzelowatym, a ewolucyjnie starszymi warstwami zbliżonymi do układu limbicznego, z dziecinną łatwością wygrywa ten drugi. Wbrew logice rozumianej jako dyscyplina normatywna.

Kropotkin, w drodze do kolektury totolotka, zastanawia się poważnie nad zasadnością wprowadzenia terminu „emocjonalnej racjonalności”. Krótko przed osiągnięciem celu, sięga do kieszeni i dyskretnie wyrzuca do kosza na śmieci wypełniony uprzednio kupon. Zakreśli swe liczby na miejscu dbając, aby nie zabrakło wśród nich ulubionej siódemki. Jak również siedemnastki i czwórki. Teściowej można nie lubić, przenoszenie swej niechęci na jej datę urodzenia wydaje mu się jednak zupełnie pozbawione logiki.

- – - – - – - –

Szanowni komentatorzy Aspik i Nameste zwrócili mi słusznie uwagę na niestosowność bądź też nieadekwatność przykładu z lejem po bombie. Proszę zatem o traktowanie z należną ostrożnością i ewentualnym sceptycyzmem. Jestem na najlepszej drodze aby się samemu do leja zdystansować. Do czasu znalezienia lepszego przykładu lej (prowizorycznie) pozostanie.

Szulce. Noir.

czerwiec 12, 2009

Samochód stał zaparkowany w cieniu platana. Osobnik za kierownicą miał wygląd smutnego, osowiałego szympansa. Szyby były zakurzone, tablica rejestracyjna wisiała na jednej śrubie. Szympans miał na nosie okulary z grubymi szkłami i wpatrywał się uporczywie w szybę przednią. Po szybie spacerowała mucha. Z bagażnika kapała na rozgrzany asfalt gęsta, czerwona ciecz.

Starszy posterunkowy Szulce zastanawiał się przez chwilę, czy nie przejść na drugą stronę ulicy udając że niczego nie zauważył, ale poczucie obowiązku zwyciężyło. Obszedł powoli samochód. Gdy znalazł się na wysokości otwartego okna kierowcy, oparł dłoń na rozgrzanej blasze dachu i pochylił się.
- Kapie – powiedział.
Osobnik o aparycji szympansa nie drgnął. Przełknął tylko głośno ślinę. Jego twarz pokrywała cienka wastewka potu.
- Obawiam się –Szulce starł się aby jego ton brzmiał rzeczowo – że mamy pewien problem.
- Nieszczelny – odrzekł po chwili wahania szympans.
- Rozumiem – odparł Szulce. Nie rozumiał, ale postanowił nie ujawniać chwilowo tego faktu.
Zapadła chwila niezręcznego milczenia. Z nieba spływał upał wczesnego popołudnia. Słychać było brzęczenie much. Szulce postanowił przejąć inicjatywę.
-Dowód i prawo jazdy poproszę.
Po chwili trzymał w ręku kawałek plastiku. Porównał zdjęcie z oryginałem. Nie ulegało wątpliwości, przedstawiało tego, kogo miało przedstawiać.
- Proszę otworzyć bagażnik.
- Wolałbym nie – mruknął szympans.
Szulce zastanowił się, czy sytuacja zasługuje na miano niezręcznej. Jakby sprawę nie obracać, wyglądało że tak. Postanowił jednak nie dać się łatwo zbyć.
- Tu nie wolno parkować – rzekł wręczając dokumenty – proszę odjechać i na przyszłość bardziej uważać.
Miał nadzieję, że powiedział to tonem nie dopuszczającym cienia sprzeciwu. Szympans nie sprzeciwił się. Schował dokumenty i bez słowa przekręcił kluczyk w stacyjce.

Sledząc wzrokiem niknący w upalnym wąwozie ulicy samochód, Szulce wyjął z kieszeni chusteczkę i otarł spocone czoło. Poprawił pas, czapkę i przepasujący pierś rzemień raportówki. Upał był nieznośny. Dzień starszego posterunkowego, pomyślał, nie różni się specjalnie od dnia zwykłego posterunkowego.

Po przeciwnej stronie ulicy biegł leniwym truchtem pies bez obroży i kagańca.

Dużo i dobrze.

czerwiec 8, 2009

Wherever the art of medicine is loved, there also is love of humanity.
Hippocrates

Będzie pozytywnie. Mówienie o bliźnich dużo i dobrze jest zaletą wartą kultywowania. Pójdźmy zatem tą drogą.

Historia medycyny opartej na naukowych przesłankach, zwanej w przeciwieństwie do rozmaitych odmian szarlatanerii medycyną akademicką, pełna jest zabawnych i pouczających przykładów. Dzisiaj będzie o pełnej śmiesznych anegdot historii transfuzjologii. Przetaczanie krwi ma pewną tradycję i nie jest wynalazkiem nowym. Początki wiary w szczególną moc i życiodajne znaczenie czerwonego płynu gubią się w mroku dziejów.
Dygresja
Zanim krew zaczęto przetaczać, próbowano ją pić. Na szczególną pamięć zasługuje tutaj nasz ulubiony papież, Jego Świątobliwość Innocenty VIII. Ten dobry i uczony człowiek, nie tylko sprezentował spragnionym dobrej nowiny współczesnym swą niezapomnianą „Bulę na czarownice“, lecz również dostarczył nauce ważnych danych z dziedziny terapii eksperymentalnej. Zapadłszy w lipcu 1492 roku na zdrowiu, wypił na zalecenie swych lekarzy krew trzech dziesięcioletnich pacholąt płci męskiej. Rodzicom pacholąt obiecano po dukacie. Czy honorarium wypłacono, źródła dyskretnie milczą. Kuracja odmładzająca okazała się jednak, ku zdziwieniu medyków, niewypałem. Dawcy nie przeżyli eksperymentu, Innocenty VIII jednak również nie. Osierocił dwa tuziny dziatek. Jeśli nawet nie był szczególnie dobrym przykładem poszanowania reguły celibatu, to na pewno przysłużył się nauce. Entuzjazm do stosowania powyższego rodzaju terapii znacznie po tym eksperymencie osłabł. Nie tylko wśród uczonych medyków ale również wśród pacholąt i ich rodziców. Reszta interesujących szczegółów: „Diario urbis Romae“ autorstwa Stefano Infessury. Czy Steffano Infessura był świadkiem wiarygodnym? Umówmy się, że jest to ciekawe pytanie, ukłon w stronę klasyka.
Koniec dygresji

O tym, że krew krąży, wie każdy i nie ma doprawdy potrzeby zajmować się tym truizmem. O tym, że od czasów Hipoktratesa i Galena aż do roku 1628 była to, w myśl obowiązującego kanonu nauk medycznych, niebezpieczna herezja – niekoniecznie. Rzeczą oczywistą dla każdego szanującego się lekarza było twierdzenie, że człowiek posiada dwa systemy krwionośne, ten z ciemną i ten z jasną krwią, jak również, że nie są one ze sobą w żaden sposób połączone, bo i jak?. Nadmiar krwi ciemnej powodował choroby, jej upust był błogosławieństwem dla pacjenta. Najlepszym dowodem było przecież to, że pacjenci zabieg ten niejednokrotnie przeżywali. Ale pozostańmy przy transfuzjologii.

Oficjalnie i naukowo krew zaczęła krążyć dopiero w 1628 roku, Odkrycie zawdzięczamy Wilamowi Harveyowi i jego wiekopomnemu dziełu „De motu cordis“. Dzieło milczy na temat ile psów musiało zostać poddanych wiwisekcji, nie ma wątpliwości jednak, że była to liczba pokaźna. Nie ma nauki bez ofiar. Odkrycie zainteresowało niepomiernie współczesnych Harveyowi lekarzy. Pomiędzy 1656 i 1666 rokiem, panowie Christopher Wren (który zainteresowania anatomią łączył z wykonywaniem zawodu architekta), Thomas Willis (autor pierwszego podręcznika anatomii mózgu) i Richard Lower eksperymentowali na wyścigi, wprowadzając rozmaitym zwierzętom do krwiobiegu rozmaite płyny ze szczególnym upodobaniem do trucizn i barwników. Teatry wiwisekcji były wówczas bardzo popularne i można sobie wyobrazić rozbawienie publiczności na widok czerwieniejącej żaby lub zieleniejącego kota. Wkrótce eksperymenty na zwierzętach utraciły posmak świeżości i uczeni medycy postanowili je rozszerzyć.
W 1657 roku, francuski ambasador „podarował“ Wrenowi swego służącego jako obiekt eksperymentalny, ten jednak (służący, nie Wren) strasznie się wyrywał a na koniec zemdlał. Eksperyment, przerwano.
W 1666 roku, Lower zwrócił się do kierownictwa przytułku dla osób dotkniętych schorzeniami psychicznymi z prośbą o dostarczenie odpowiedniej liczby pacjentów, na których zamierzał przeprowadzić swe doświadczenia. Gdy kierownictwo, najwyraźniej wsteczne i nieświadome doniosłej roli eksperymentu dla rozwoju nauki, odmówiło współpracy, Lower, za zgodą rodziny, dokonał przetoczenia krwi jagnięcej lekko cofniętemu w rozwoju współobywatelowi o nazwisku Arthur Coga. Coga przeżył, ku zdziwieniu uczonego jednak, jego matołectwo nie uległo uleczeniu.
Rok 1667 przynosi pierwszą, uwieńczoną sukcesem transfuzję na kontynencie. Jean-Baptiste Denis dokonuje przetoczenia krwi owcy. Nie wiemy jakie były wskazania i czy były. Biorcą jest 15-letni młodzian. Sukces polega na tym, że pacjent jakimś cudem przeżył. Ośmieleni powodzeniem kolegi, rozliczni francuscy lekarze dokonują transfuzji krwi jagnięcej. Pacjenci masowo umierają, co osłabia na pewien czas ich entuzjazm do poddawania się modnej terapii.
W roku 1668 Matthäus Gottfried Purmann odnosi kolosalny sukces. Przeprowadzając transfuzję krwi owczej leczy niejakiego pana Welsleina z trądu. Jakim cudem – trudno dzisiaj dociec. Współczesne dzieła naukowe z dumą odnotowują. Próby przetaczania krwi koziej i jagnięcej nie ustają.
Pierwszego września 1818 roku w londyńskim szpitalu St. Guy’s Hospial dokonano pierwszej transfuzji krwi ludzkiej. Przetaczał Dr. med. James Blundell, krew pochodziła od rozmaitych dawców. Pacjent, ku niepomiernemu zdziwieniu lekarza, nie przeżył zabiegu.
Występujące w trakcie przetaczania krwi ludzkiej zgony są regułą, przeżycie pacjenta wyjątkiem. XIX-wieczni koryfeusze medycyny zalecają powrót do krwi jagnięcej, koziej a nawet mleka (sic!) koziego.
Opublikowana w 1874 roku praca F. Giselliusa, w której ten malkontent donosi, że co druga transfuzja kończy się zgonem, nie studzi entuzjazmu. W armii pruskiej wydany zostaje rozkaz, aby ruszający do krwawej bitwy żołnierze, mieli przytroczone do plecaka jagnię, a w plecaku instrumentarium do przetaczania krwi. Jagnię miało służyć jako „żywa” konserwa. W razie czego.
W 1901 roku, 235 lat po przeprowadzeniu pierwszej transfuzji, wiedeński patolog Karl Landsteiner odkrywa system antygenów grupowych krwi. Od tego momentu, lekarze wiedzą wreszcie co robią. Fakt, że twierdzili to jednak także uprzednio, zabijając niechcący co drugiego pacjenta, nie przyćmiewa terapeutycznych sukcesów. Powiedzmy sobie szczerze: w historii medycyny zajmującej się z upodobaniem tejże świetlistymi momentami bywa on przeważnie skromnie przemilczany.

Dr. Joseph Mengele był złym człowiekiem. W jego korespondencji odnaleźć można uwagi, że przeprowadzane przezeń eksperymenty są wynikiem jego głębokiej wiary w konieczność postępu a ten służy jak wiadomo dobru ludzkości. Pragniemy podkreślić, że przyłączamy się do tych, którzy tego zwyrodnialca potępiają.
Pragniemy również podkreślić, że nasz entuzjazm dla nauk głoszonych przez Świadków Jehowy utrzymuje się w rozsądnych granicach. Będąc zwolennikami postępu w nauce, nie namawiamy nikogo do udania się do szamana lub korzystania jedynie z leków homeopatycznych.

Motywacja

czerwiec 2, 2009

Kanonik Vaubain, mimo zajęczej wargi i seplenienia bądącego wynikiem braku górnego siekacza, brał corocznie udział w konkursach oratorskich licząc na sławę, puchar i wawrzyn. Jak na razie, bez widocznych sukcesów. Fakt, że potężnie się jąkał, nie polepszał jego szans na jakże upragnione i jego zdaniem zasłużone zwycięstwo.

Myszkin, z reguły nieprzychylny kanonikowi, dodawał mu otuchy zachęcając do wytrwałości. Od czasu do czasu przypominał mu również początkowe, jakże spektakularnie przezwyciężone trudności niejakiego Demostenesa. Widok kanonika spacerującego po pobliskiej plaży z kamykami w gębie i wykonującego różne śmieszne gesty, napełniał serce Myszkina spokojem i radością. Czasem, krótko przed zaśnięciem, oczyma duszy widział Vaubaina w drodze na wyspę o przepięknej nazwie Kalaureia.

Jakież byłoby jego rozczarowanie, gdyby wiedział, że jego wsparcie było całkiem zbyteczne. Vaubain nigdy nie zamierzał się poddać. Zwątpienie było mu obce. Nigdy nie ulegało dla niego nawet najmniejszej wątpliwości, że jego dotychczasowe niepowodzenia są skutkiem spisku kosmopolitów i wolnomularzy.

Finale

maj 26, 2009

Po 1945 roku, popularność imienia Adolf spadła w krajach niemieckojęzycznych – jak również ościennych – do zera. Jest to w pewnym sensie zrozumiałe. Myli się jednak ten kto sądzi, że towarzyszące nazewnictwu dzieci idiosynkrazje dadzą się zawsze tak łatwo uzasadnić. Nikt nie daje dziecku imienia Hiob. Wobec faktu, że była to postać nader pozytywna i – jeśli wierzyć kanonowi – pod każdym względem godna naśladowania, może to najzwyczajniej dziwić.

Kropotkin, nie posiadając nigdy – nawet jako dziecko – żadnego zwierzęcia na własność (czy można posiadać zwierzę?), wykorzystywał skwapliwie coroczną obecność karpia wigilijnego w wannie i nadawał stworzeniu, w skrytości ducha i tajemnicy przed otoczeniem, imiona wielkich wodzów, odkrywców, a czasem nawet filozofów.

- W zasadzie – myślał – to chyba lepiej, że nikt nie wie, że w zeszłym roku spożyliśmy Hegla.

Ponieważ dalsze rozważania związane z tematem nadawania imion wydawały mu się jałowe i nie prowadzące do żadnych, nawet konstruktywnych, wniosków, postanowił położyć się do łóżka i zamknąć oczy. Natychmiast zapadł zmrok. Za zamkniętymi na klucz drzwiami szumiało życie zewnętrzne.

Andante
Trudno doprawdy dociec kto pierwszy wpadł na pomysł by uznać Głowę Kościoła za instancję nieomylną. Początki dogmatu o nieomylności papieskiej kryją mroki średniowiecza. Od czasu do czasu wprawdzie coś przebłyskuje, nieposkromiona fantazja nowożytnych historyków kościoła nie jest wszakże szczególnie pomocna.
Przypomnijmy: dogmat o nieomylności papieskiej wywodzony bywa tradycyjnie z Ewangelii Św. Mateusza (XVI, 19: „I tobie dam klucze do królestwa niebieskiego; a cokolwiek zwiążesz na Ziemi, będzie związane również w niebiesiech, a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane i w niebiesiech.). Adresatem cytowanej wypowiedzi Mesjasza był niejaki Piotr, obecnie zwany Świętym Piotrem, rola suflera i instancji pośredniczącej przypadła Duchowi Świętemu pod postacią ptaka. Zwolenników wizualizacji odsyłamy do znanego w pewnych kręgach obrazu Carlo Saraceniego. Papież Grzegorz I, odziany w purpurę, siedzi pisząc przy biurku, na biurku tiara, Duch Swięty w postaci gołębia dokonuje lądowania na jego prawym ramieniu, za chwilę rozpocznie się transmisja woli najwyższej instancji.

Largo giusto
Historycy rozwoju doktryny cytują wedle uznania: listy św. Juliusza do Antiochesa, korespondencję Himeriusa, nieuniknionego Tomasza z Aquinu, Jana Piotra Oliviego i Guido Tereniego. Pomijają przeważnie Teodora Abu-Qurrah (Theodoros Abu-Qurra). A szkoda. Ten zdumiewający człowiek, który zafascynowany naukami Jana Damasceńskiego, jako pierwszy, czterysta lat przed Aquinitą rozpoczął systematyczne porządkowanie nader zróżnicowanych wówczas przekonań i tworzenie zrębów pod system zwany dziś katolicką doktryną, bywa pomijany niesłusznie i niesprawiedliwie. Jego dorobek, a przynajmniej ta część, która nie została przetłumaczona na język grecki, zaginął i znany jest jedynie dzięki rozsianym odpisom i cytatom współczesnych mu greckich autorów. Theodoros, z zawodu biskup Harranu, miał dziejowego pecha. Nie tylko był Arabem, lecz również pisał po arabsku. Nieważne. Ważne jest, że był autorem pierwszego traktatu prezentującego dogmat o papieskiej nieomylności. To, że ojcem duchowym fundamentalnego dogmatu katolicyzmu był Arab, który w języku Mahometa odpowiednio ustawił teologiczną zwrotnicę, nie pasowało do opartego na łacińskim piśmiennictwie całokształtu i najwidoczniej nie napawało późniejszych hierarchów specjalną dumą. Trudno sobie inaczej wytłumaczyć całkowitą nieobecność Abu Qurracha w panteonie ojców doktryny. Obok takiego Św. Tomasza z Aquinu na przykład. Ramię w ramię, nawa w nawę. Ale może się mylę. Kto wie.

Moderato assai
Dogmat jako taki, przynajmniej w obowiązującej po dziś dzień formie, jest o wiele młodszej daty. Zawdzięczamy jego istnienie Pierwszemu Soborowi Watykańskiemu. Specjalnie dla miłośników dat – podajemy datę: 1870. Dogmat, aczkolwiek powszechnie znany, interpretowany jest przez powierzchownie zainteresowany ogół na ogół błędnie. Koncepcja jest bardziej wyrafinowana, niż się powszechnie przypuszcza. Papież jest omylny i nie wszystko co głosi, musi natychmiast posiadać znamiona nieomylności. Nieomylny jest jedynie wówczas ,gdy uzna że jest nieomylny, nada swym poglądom szczególną formę i ogłosi je „ex cathedra“. Na to trzeba wpaść. Mało znany jest również fakt, że Pontifex Maximus zrobił po roku 1870 tylko jeden, jedyny raz użytek z tego genialnego wynalazku. Ukłony w stronę jego świątobliwości Piusa XII. Kto się interesuje, znajdzie. To nie monografia. Jakieś granice muszą prawda, poniekąd, być.

Allegro vivace
Trudna sprawa z tą nieomylnością. Nie zawsze było łatwo. Przezabawna historia przydarzyła się na przykład takiemu Benedyktowi V. Wzmiankowany Benedykt papieżem był krótko. Bardzo krótko. Jego godzina wybiła 14 maja 964 roku, właśnie tego pięknego majowego dnia zasnął na wieki Oktawian ze Spoleto znany potomnym jako Jan XII. Barwna postać, ten Jan XII. Wybrany na Stolec Piotrowy w niewinnym wieku 16 wiosen, Jego Swiątobliwośc pożegnał się z życiem po 9 latach obfitującego w nader barwne szczegóły pontyfikatu. Zmarł w łóżku, niestety nie własnym. Łóżko należało do pewnego szlachetnego rzymskiego obywatela, któremu nie spodobało się, że w rzeczonym łożu oprócz Pontifexa znajdowała się również jego (tzn. obywatela) małżonka. Wzburzony, zadał Jego Swiątobliwości szereg ran tłuczonych głowy przy pomocy tego, co mu akurat wpadło w rękę. Czyli pokaźnego młota. Ale o tym może kiedy indziej. Zebrany naprędce synod wybrał na następcę Benedykta zwanego również Grammaticusem. Benedykt wybór przyjął z pokorą. Pokora nie trwała jednak długo bo synod nie uwzględnił cesarza Ottona I, który w międzyczasie zwołał sobie swój własny synod i grzecznie poprosił tenże o zatwierdzenie cesarskiego kandydata. Kandydat nie miał wprawdzie w tym momencie nawet święceń kapłańskich, ale kto by się tam czepiał szczegółów. Na grzeczną prośbę cesarza i z pogwałceniem wszelkich reguł, kandydat został w ciągu jednego dnia, za sprawą biskupa Ostii, po kolei ostiariuszem, lektorem, egzorcystą, akolitą, subdiakonem, diakonem, księdzem a na koniec biskupem. To się nazywa oszałamiająca kariera. Jako biskup mógł zostać wybrany przez życzliwy cesarzowi synod papieżem. I został – przyjmując imię Leona VIII. Teraz należało jedynie uporać się z zasiadającym na Stolcu Piotrowym Benedyktem nr. 5. Dwóch prawomocnie wybranych papieży – to jednak jakoś nie uchodziło. Wezwany przed oblicze cesarskie, Benedykt pośpiesznie przybył i w trakcie przyjaznej wymiany zdań szybko znalazł proste i niebiurokratyczne rozwiązanie istniejącego problemu. Powołując się na dogmat o nieomylności papieskiej ogłosił ex cathedra, że prawowitym papieżem jest Leon VIII, on zaś, Benedykt, jest zwykłym hochsztaplerem i uzurpatorem, a jego największym marzeniem jest natychmiastowy wyjazd do Hamburga. Ponieważ nikt nie mógł dyskutować z Ojcem Swiętym, stało się tak, że Leon przejął obowiązki, a Benedykt wyjechał do Hamburga, gdzie zmarł po kilku miesiącach ze względu na chłodny i wilgotny – czyli krótko mówiąc – raczej niesprzyjający klimat.

Andante sostenuto
Od czasu do czasu pojawiają się głosy, że autor niniejszego pozwala sobie na kpiny z Kościoła. Aby podobnym głosom zapobiec, pragnę poinformować, że powyższą historię zaczerpnąłem z pism przewielebnego biskupa Liutpranda z Cremony, żyjącego współcześnie kronikarza i świadka opisywanych wydarzeń. Pozwoliłem sobie jedynie na zrezygnowanie z kilku szczególnie drastycznych i odrażających szczegółów, licząc w skrytości ducha, że czytelnik mi tę autocenzurę wybaczy.

Opus Nr. 23

maj 18, 2009

Gdy Wsiewołodowi Dymitrewiczowi amputowano lewą nogę, wszyscy sądzili że zrezygnuje z dowodzenia szwadronem i da się przenieść na tyły. Prawą stracił już w kampanii listopadowej, radził sobie jednak dzielnie z protezą, w siodle siedział pewnie. Tylko gdy salutował, przykładając trzy palce prawej dłoni do błyszczącego daszka oficerskiego czaka, widok był trochę makabryczny, bo lejce musiał przedtem brać w zęby. Zasadniczo nie było jednak źle. Pusty, lewy rękaw munduru łopotał wesoło na wietrze, co szczególnie w trakcie szarży na pozycje wroga niebywale podnosiło żołnierzy na duchu.

Wieczorem nadeszła depesza ze sztabu, że obiecane wsparcie pociągu pancernego nie nadejdzie. Wsiewołod Dymitrewicz rozkazał rozdzielić resztę prowiantu, wypadło po dwa suchary na głowę. I kwaterkę nafty. Od strony Carycyna niebo pokryło się łuną. Paliło się zboże na pniu.

Niedosyt

maj 15, 2009

“Nach Auschwitz ein Gedicht zu schreiben, ist barbarisch”
Th. W. Adorno – Prismen. Kulturkritik und Gesellschaft

Un cretin: celui qui se refuserait par exemple à voir un cheval galoper sur une tomate
Salvador Dali

Kategoryczny pogląd, jakoby symetria była estetyką idiotów zawdzięczamy niejakiemu Julianowi Tuwimowi. Upowszechnił się, by po latach, wciąż na nowo, ale niezmiennie bezrefleksyjnie cytowany przez amatorów myśli z pozoru głębokich, nabrać ostatecznie posmaku wyświechtanego bonmotu. Zdarza się. W najlepszej rodzinie.

Zdania kategoryczne mają to do siebie, że są łatwe do zapamiętania i żyją własnym życiem. Tuwim nie żyje, nie możemy zatem zadać mu niewygodnego pytania, czy celowo pominął nazwisko autora, czy tylko zapomniał. I tu jesteśmy, chcąc nie chcąc, przy Salwadorze Dali. Ale czy naprawdę pragniemy zajmować się kimś, kto twierdził, że na miano kretyna zasługuje każdy, kto nie potrafi sobie wyobrazić konia galopującego na pomidorze? Mam poważne wątpliwości i chyba nie jestem osamotniony.

A zatem dla odmiany: Adorno. I to nie cały, bo jakże tak, tylko ten jeden, sławetny, nieustannie powtarzany cytat Ludwika Teodora Wissengrunda. Tworzenie liryki po Auschwitz to barbarzyństwo. Krótko i dobitnie. Kategorycznie. To zabawne jak jedno zdanie potrafi zrobić światową karierę. Skąd jednak wziął się ten zadziwiający brak kategoryczności w pisanych w 1934 roku recenzjach sławiących nowatorstwo pieśni chóralnych z tekstami Baldura von Schiracha, a opiewających duchowego ojca wspomnianego w powyższym cytacie miejsca? Trudno jednoznacznie powiedzieć. Nieprawdaż?

I co począć z twierdzeniem, że propozycja twórczości dramatycznej w konwencji teatru absurdu powinna posiadać po moskiewskich procesach pokazowych z 1937 i 1938 roku podobnie blasfemiczny wydźwięk? Jaki sprytny ten Artaud, zmarł zanim zdołał udzielić odpowiedzi. I nie interesowało to najwidoczniej ani Ionesco, ani Cocteau. Ani nawet Becketta – ale to już jest bardziej zrozumiałe, bo Becketta mało rzeczy poza Beckettem interesowało. Gdy umierał, zdziwienie było powszechne bo nieomal wszyscy byli przekonani, że od dawna już nie żyje.

Nawet gdy w kwestii symetrii przyznamy rację estetom, pozostaje dziwne uczucie niedosytu.
I może jeszcze dręczące pytanie: dlaczego brak symetrii jawi nam się tak często jako dziejowa niesprawiedliwość?

Anegdota

maj 10, 2009

Ławrentij Pawłowicz zazdrościł Izaakowi Emanuiłewiczowi oprawek do okularów. Spać po nocach nie mógł, tak zazdrościł. Wszyscy podziwiali okulary Izaaka Emanuiłewicza a Jewgienia Salomonowna obdarzyła go nawet swymi łaskami. Ładna rzecz takie oprawki. Ładniejsza niż, dajmy na to, uciskające grzbiet nosa pince nez z wstawionymi szybkami. Ileż to razy próbował się Ławrentij Pawłowicz dowiedzieć, skąd Izaak Emanuiłewicz je wytrzasnął.
- A te Pańskie okulary, Izaku Emanuiłewiczu – pytał niby mimochodem – to niby skąd Pan je wziął?
Ale Izaak Emanuiłewicz tylko się tajemniczo uśmiechał. Pętak.

Pewnego majowego wieczoru Ławrentij Pawłowicz pojawił się na raucie w ambasadzie japońskiej w okularach toczka w toczkę podobnych do obiektu swych dotychczasowych marzeń. Zdumienie było niepomierne, a i plotkom nie było końca. Ławrentij Pawłowicz przechadzał się wśród szepczącego tłumu z właściwym mu pogodnym wyrazem twarzy. Efektu nie psuł nawet sklejony plastrem lewy zausznik.

Ponieważ nie było zwyczaju zadawania Ławrentijowi Pawłowiczowi niewygodnych pytań, nie musiał się też tajemniczo uśmiechać.

Gdy Józefowi Wissarionowiczowi doniesiono o tym zabawnym zdarzeniu, jego rozbawienie było niepomierne a serdeczny śmiech zaraźliwy dla otoczenia.
- A to łobuz z tego Ławrentija Pawłowicza – powtarzał krztusząc się ze śmiechu Józef Wissarionowicz – a to łobuz.

Erenburg odłożył pióro, wziął do ręki kartkę i zagłębił się w lekturze napisanego właśnie teksu. Gdy skończył, skrzywił się. Wlepił wzrok w ścianę. Na ścianie siedziała mucha. Pisanie anegdot nie było najwidoczniej jego najmocniejszą stroną.
- Zoszczenko to chyba ze mnie już nie będzie – westchnął.
Po czym podarł kartkę na drobniutkie skrawki, które następnie zjadł, popijając wystygłą w międzyczasie herbatą.

Święty Sebastian żył krótko ale za to intensywnie. Jest przykładem ilustrującym tezę, że żelazna konsekwencja przeważnie doprowadzi nas do upragnionego celu. Celem Sebastiana było zginąć śmiercią męczeńską i należy podkreślić, że nie tylko nie szczędził starań, ale w dodatku zostały one uwieńczone spektakularnym i trudnym do powtórzenia sukcesem. Swięty Sebastian poniósł śmierć męczeńską dwukrotnie. Ha!
W dziejach świętego Sebastiana mało rzeczy jest pewnych. Do niewielu, które uznawane są za bezsprzeczne należy data ostatecznego zejścia z tego padołu: rok 288 naszej ery. Reszta jest prawdopodobnie legendą. Nie wiemy nawet czy urodził się w Narbonne (jak chcą jedni) czy też był synem mediolańskiego kupca (jak dowodzą inni). Nie to wydaje się być jednak istotne. Istotne jest natomiast tło historyczne. W cesarstwie panuje Dioklecjan, cesarz myślący trzeźwo i raczej nie przepadający za chrześcijanami. Obok rozlicznych reform administracyjnych wsławił się on wydaniem czterech edyktów skierowanych przeciw zwolennikom stosunkowo nowej ale już nader rozpowszechnionej religii, jak również tym, że umarł w podeszłym wieku przebywając na zasłużonej emeryturze. Z ręki własnej i we własnym łożu. Nieczęste osiągnięcie jak na rzymskiego cesarza.

Nie wiadomo co skłoniło Dioklecjana (lub jego kolegę Maximiliana) do powierzenia Sebastianowi zaszczytnego stanowiska kapitana gwardii pretoriańskiej. Nie wiadomo również, skąd się nasz Sebastian w ogóle na dworze cesarskim wziął – nieomal każde źródło twierdzi na ten temat coś innego. Wiadomo natomiast, że po wstąpieniu na zaszczytną służbę u będącego raczej zdecydowanym wyznawcą Jowisza Dioklecjana, nasz Sebastian, na razie jeszcze kapitan pretorian a nie święty, miast zgodnie z podjętymi zobowiązaniami strzec życia i zdrowia monarchy, postanawia poświęcić się swemu hobby i rozpoczyna działalność misyjną w okolicznym więzieniu. Nie mogąc się oprzeć natarczywym prośbom głuchoniemej niewiasty imieniem Zoe, czyni nad nią znak krzyża, a ta odzyskuje natychmiast mowę i pewnie też słuch – choć na ten temat źródła dyskretnie milczą. Cudowne uzdrowienie wywiera piorunujące wrażenie na 78 więźniach i postanawiają oni również przyjąć wiarę. Pogłoski o radosnej działalności Sebastiana docierają do cesarza wywołując jego niezadowolenie. Sebastian zostaje na mocy wyroku cesarskiego skazany na śmierć przez rozstrzelanie z łuku. Obnażony z szat i przywiązany do drzewa zostaje przez nubijskich (mauretańskich,?) łuczników naszpikowany strzałami jak jeżozwierz. Po stwierdzeniu zgonu delikwenta, łucznicy oddalają się w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, a niebywała kariera Św. Sebastiana nareszcie się rozpoczyna. Bo oto pragnąca pochować zwłoki niewiasta (znana współczesnym jako „ta” Irena, potomnym zaś jako św. Irena) stwierdza, że Nubijczycy spaprali robotę – w podziurawionym jak rzeszoto Sebastianie tli się nadal iskierka życia. Po tygodniach troskliwej opieki i pielęgnacji Sebastian wraca do zdrowia. Powstawszy z łoża boleści udaje się prosto do Dioklecjana i wygłasza płomienną mowę na temat wyższości nowej religii nad tą, która była miła cesarzowi, ten zaś, zirytowany natręctwem wydaje polecenie aby gwardia zatłukła go na miejscu pałkami. Wyrok wykonano a zwłoki wrzucono do dołu na nieczystości znanego pod nazwą cloaca maxima. Pod osłoną nocy i z narażeniem życia wierni wyławiają ciało, ponowna resuscytacja nie przyniosła jednak ku ogólnemu rozczarowaniu pożądanych wyników.

Zaden chyba święty nie doczekał się takiej ilości wizerunków jak Sebastian. Zbiór jest przygniatający swym ogromem i obejmuje tysiące pozycji i nieomal wszystkie znaczące nazwiska począwszy od późnego średniowiecza aż po schyłek baroku. Rozmiar ikonograficznego szaleństwa najlepiej obrazuje stwierdzenie, że trudno wręcz odnaleźć artystę, który pokusiłby się o rezygnację z wykorzystania świętego do swych celów. Taki Rubens na przykład, podchodził do tematu sześć razy. Bellini i van Dyck też. Tycjan pięć, Veronese również pięć. El Greco i Carlo Boni tylko po cztery. Palmę pierwszeństwa dzierży Perugino (jedenaście scen męczeństwa), przed Lotto (osiem męczeństw), Guido Reni (też osiem).
Wraz ze schyłkiem baroku malowanie świętych powoli zaczęło wychodzić z mody, artyści coraz częściej zaczęli skłaniać się ku motywom świeckim malując i rzeźbiąc najczęściej swych zleceniodawców (z powodów merkantylnych) i sceny rodzajowe (z tych samych powodów). Trend ten nie dotyczył najwidoczniej św. Sebastiana, który dalej, po dzień dzisiejszy z niesłabnącym entuzjazmem malowany bywa i rzeźbiony, a ostatnimi czasy nawet fotografowany. Interesującym może wydać się fakt, że pośród niezliczonych artystów, żaden nie pokusił się o przedstawienie rzeczywistej śmierci męczeńskiej dobrego chrześcijanina. Dla artystów atrakcyjny był Sebastian jedynie muskularny, w obcisłych slipach i ewentualnie odpowiednio podziurawiony. Nieliczne wyjątki potwierdzają regułę.

Próbę wytłumaczenia tego faktu znajdujemy u Oskara Tersa (Die Legende des Heiligen Sebastian – Ein Vergleich zwischen den lateinischen Quellen und den mittelalterlichen Übersetzungen unter besonderer Berücksichtigung und Transkription der Handschrift 717 II der Bibliotheque Municipale zu Colmar). Na podstawie odcyfrowanych przez siebie manuskryptów i ponownej szczegółowej analizy antycznych źródeł, Ters dostarcza nowej, interesującej interpretacji dziejów Sebastiana jako ofiary homoseksualnego dramatu zazdrości rozgrywającego się w trójkącie Maximilian-Dioklecjan-Sebastian. Wizerunek Sebastiana preferowany był jego zdaniem ze względu na uroki cielesne przez gejów i kryptogejów wszystkich następnych epok. Od początków XX wieku uwielbienie to jest manifestowane otwarcie, między innymi w ramach wystaw malarstwa i fotografii o śmiałym i jednoznacznym kontekście.

Domniemane szczątki doczesne św. Sebastiana spoczywają w rozmaitych miejscach. Modlitwa do św. Sebastiana pomaga w ostro przebiegających chorobach zakaźnych i kłopotach z aparatem ucisku. Jest patronem kamieniarzy, myśliwych, strażaków, żołnierzy i policjantów. Między innymi.